Tomasz Jastrun          Biografia       Twórczość       Wydarzenia

Urodził się w roku 1950; syn poetki - Mieczysławy Buczkówny i poety Mieczysława Jastruna. Jest poetą, prozaikiem, eseistą, krytykiem literackim i reporterem
więcej

więcej



Felietony
• 
• Ucieczka na wyspę, miesięcznik "Architektura" .

 


Jesteśmy w kawiarni, nasz słodki maluch ma już dwa lata i osiem miesięcy. Liczy do dziesięciu i mówi do mnie - Tomek. A gdy zrobię coś, czego sam jeszcze nie potrafi, choćby jadę na zdumiewającym urządzeniu, co ma na imię rower –szepce z podziwem i z miłością w oczach – tatuś. Czuję się wtedy oszustem, przecież każdy głupek to potrafi.


    felietony z ostatnich miesiecy....2009 - 2010 r 

 

                                           Korzenie i skrzydła

     Jesteśmy w kawiarni, nasz słodki maluch ma już dwa lata i osiem miesięcy. Liczy do dziesięciu i mówi do mnie - Tomek. A gdy zrobię coś, czego sam jeszcze nie potrafi, choćby jadę na zdumiewającym urządzeniu, co ma na imię rower –szepce z podziwem i z miłością w oczach – tatuś. Czuję się wtedy oszustem, przecież każdy głupek to potrafi.
  Jesteśmy w kawiarni, on chce „ciasio”, zjadł już dwa, trzeciego nie dostanie...Ale chce i już! Nagle poważnieje, poświęca chwilę na refleksję, jaką taktykę obrać - klasyczną? - rzucić się na ziemię, walić rękami i nogami? A może użyć broni wokalnej. Wybiera to drugie....Drze się, aż wibrują szyby. Patrzy, jaki jest efekt, słaby, więc ponownie....Sala milknie, wszyscy patrzą na nas. Trzeba rzecz powtórzyć, by utrwalić wrażenie. Trzęsie się i purpurowieje na buzi od krzyku... Jeszcze chwila i szyby powylatują z framug - osłupieni ludzie po chwili zaczynają coś szeptać, domyślamy się co –nieznośny bachor, jak teraz wychowuje się dzieci, to wszystko wina rodziców, co za czasy...”
   No właśnie, co za czasy? Statystki mówią o dwóch milionach rodziców terroryzowanych w Stanach przez swoje dzieci. U nas zjawisko też staje się powszechne. A przecież wszystko zaczęło się od szlachetnych intencji. Dostrzegliśmy, że oddalamy się od natury i zagrażamy sami sobie. I jak strasznym błędem było przekonanie pedagogów, że dzieci nie należy rozpieszczać. To był tak zwany zimny wychów. Wiele generacji, w tym też moja, było trzymanych w lodówkach by się hartować. Jak będzie płakać, mówiła mojej matce lekarka, proszę nie reagować – chłopiec musi się hartować! 
  W ostatnim dwudziestoleciu nastąpił odwrót od surowych nakazów i zakazów, zatriumfowało przyzwolenie. Im mniej ogranicza się dziecko, tym szybciej i piękniej się rozwija. Cała serdeczna uwaga skupiona na dziecku,  pieszczone jest i noszone na rękach, jak w czasach jaskiniowych. Problem, że już nie mieszkamy w jaskiniach.
   I nagle dochodzą zewsząd wieści, że wśród młodych jest plaga destrukcji i agresji. Szkoły, też w Polsce, zmieniły się w twierdze.
   Gdzie znowu popełniono błąd? Intencje były takie piękne. Nowi rodzice z lęku przed powtórzeniem błędów swoich rodziców, które tak ich pokaleczyły, postanowili bez reszty poświęcić się swoim dzieciom. Przytulają je i całują, okazują miłość bez granic. I jest dramat. Czyżby był związek między epidemią agresji i narcyzmu u dzieci, a New Agem i permisywnoscią?  Tak uważa Irina Prikop w małej, ale wielkiej książce „Mały tyran”. Autorka pisze: „niemowlę na pewnym etapie rozwoju jest szczególnie wrażliwe na postrzeganie siebie jako wszechmocnego i całkowicie panującego nad otoczeniem.” Nowe formy wychowania karmią to poczucie wszechmocy, które szybko staje się nałogiem. Dziecko walczy o potwierdzenie swej władzy jak o życie, dlatego potrafi być w swych fanaberiach tak wariacko uparte. Rodzicie, którzy nie potrafią mówić dziecku – nie - tą walkę przegrają. Przegrają też ich dzieci. A jak mówić -nie - w świecie gdzie tak pięknie brzmi – tak.
  I oto mali tyrani stają się dużymi i krzewi się narcyzm. Ale - myślę - tyranów też tworzył chłód uczuciowy i zimny wychów. To oni z wieku XX uczynili horror. Czyli dwie zupełnie odmienne drogi mogą prowadzić do tego samego dramatu.
   Dziecko powinno dostać od rodziców skrzydła i korzenie. Wygląda na to, że korzenie były do niedawna łańcuchami, zerwaliśmy je, by dać naszym dzieciom skrzydła. I są teraz te nasze pociechy jak baloniki na cienkiej nitce, patrzymy do góry przerażeni.
   Co robić? Szukać złotego środka. Ten środek jednak mieni się nam w oczach i nikt go dokładnie nie widzi.

 


     
                                                   Kto mi da śniadanko?
 
       Nasz synek obudził się pierwszy i jak zwykle usiadł energicznie na łóżku. Hosanna, świat znowu się rodzi! Po czym nagle oświadczył - mamy nie ce – a po chwili dodał – taty nie ce.  Rozłożył ręce,  zrobił groźną minę i zamilkł jakoś tak ostatecznie. 
  Poczułem, że mam serce w gardle. Nazajutrz sytuacja powtórzyła się. Po kilku dniach zaczynał od niechcianych mamy i taty, by dodawać babcie, wujków, a nawet czteroletnią Olę naszą sąsiadkę. Poranne wyliczania stawały się coraz dłuższe, a do niechcianego świata doszły nawet zwierzęta, które tak lubi, czyli tusie i chonie (strusie i słonie). 
    Przestraszyłem się, że moje dziecko prowadzi jakąś grę z pustką kosmosu, więc postanowiłem działać. I następnego ranka po wszystkich „nie ce „zapytałem z głupia frant- a kto ci da teraz śniadanko? Zastanowił się i odparł - mama - Tak świat zaczął zaludniać się na nowo.
   Czasami takie konkretne pytanie zmusza do zbawczej konfrontacji,  wyobraźni i realnego życia. Warto zadawać je samemu sobie, gdy na fali złych emocji odpływamy za daleko.  Gdy nasz automatyczny pilot kieruje nasze myśli w stronę dramatu, pytamy sami siebie: a kto da śniadanko? Albo:„i co z tego?” Trzeba za tą myślą podążyć konsekwentnie do końca Okazuje się, że w rzeczywistości nie ma dramatu, najwyżej mały kłopot. Opuszcza mnie mąż. I co z tego? Przecież był okropny, a tylu jest wspaniałych mężczyzn na świcie. I nawet samotność potrafi być piękna. Jak trzeba to sami zrobimy sobie śniadanko.
  Czasami już po godzinie, a zawsze po latach, gdy obejrzymy się za siebie,  widzimy że nasze minione wielkie rozpacze były małe lub śmieszne. Na tym polega idealizacja przeszłości – ona już dawna, więc wolna do niepokoju, a przez to bezpieczna.
  Są oczywiście sytuacje ostateczne. Grozi nam śmierć. Idźmy więc za tą myślą do końca. Nawet jeśli tak, to co z tego? Człowieka wierzącego czeka fajne życie po życiu.  Niewierzący natomiast skonfrontuje się z czymś, co w naszym niedoskonałym języku nazywamy – NIC. Trzeba w myślach pójść w głąb nic. Jest pewne, że NIC nie boli, nie zrobi nam awantury jak pijany mąż. NIC  jest doskonale nieobecne. Więc skoro mamy przestać istnieć, grozi nam tylko doskonałość. Bardzo anonimowa, ale co z tego?
   Polecam więc autoterapię z pytaniami: kto mi da śniadanko? Albo: nawet jeśli, to co z tego? Filozofia greckich cyników była chyba temu bliska. Wszystko już kiedyś było, złe i dobre, to też jakaś pociecha.
    Ta metoda jest też bardzo przydatna walce z własnym wstydem, a wstyd  nawet ten sprzed wielu lat, potrafi nam zatruć życie na amen. Można go porównać do ropuchy. Dawne ropuchy wstydu mają niezwykły talent do mumifikowania się. Starożytni Egipcjanie nie mumifikowali tak umiejętnie, jak pamięć. Więc co jakiś czas, coś skacze nam pod nogi, czy raczej na głowę. A może bardziej radykalna metoda to ujawnić i upublicznić?  To pójście za ciosem wstydu do końca i przebicie ściany.
   Moja pierwsza ropucha wstydu dotyczy wczesnego dzieciństwa. Jestem w szpitalu, wtedy jak dzisiaj nałogowo wycinano nieszczęsnym maluchom migdałki, tyle że matkom nie pozwalano być z dziećmi - co za barbarzyństwo!1 Nie wiem ile miałem lat, mało, ale już niestety pamiętam..... Siedzę na sedesie i wołam – zrobiłem! - W domu zawsze ktoś mi pomagał... Pielęgniarki wielkie białe i złowrogie anioły kpią ze mnie i krzyczą - taki duży, a sam nie umie.
  Wycięto mi wtedy migdały, ale za to wszczepiono upokorzenie, wstyd i lęk. Ale ropucha! Ujawniam ją teraz i patrzę jak znika na zawsze.
 

                                                  Małża małżeństwa


     Mój znajomy pisze o kolejnym, jak twierdzi, już ostatnim swoim małżeństwie: „szybko człowiek orientuje się, że się znalazł w złym towarzystwie i męczy się z tym do końca życia.” Nie prawda, to my sami dla siebie bywamy najgorszym towarzystwem. I rzeczywiście bywa to dożywocie. A uparcie chcemy zmienić partnera, nie zmieniając siebie. Ten sam błąd popełnia nasz partner. Z tego błędnego koła powstają trójkąty, a też wiele innych bolesnych figur. 
   Myślę o tym leżąc na łóżku w małym hotelowym pokoiku nr 59. Co za złośliwość, takie precyzyjne wypominanie mi wieku. A ten brakujący rok do 60-tki, jest jak poczekalnia do gabinetu, gdzie już nie leczą zębów, a tylko je wyrywają. Wiatrak zdaje się obierać wielkie białe jabłko pod sufitem. Za okienkiem la Valletta - stolica Malty i twierdza św. Anioła, panorama nie zmieniona od stuleci. Z wieży pobliskiego kościoła płynie ku niebu śpiew, gdy na ławce obok gwar prostytutek, które błyskają światłami komórek. Synek śpi obok nas. Oddycha miarowo i pewnie jakby liczył gwiazdy.
    Jak to się stało, że jest jak jest? Toczy się długa, odwieczna gra, abyśmy mogli się spotkać i rozmnożyć. W niej liczne przypadkowe i nie przypadkowe zdarzenia. W małży małżeństwa rodzi się perła, która łatwo zmienia się w bolesny okruszek. Pracował na nasze spotkanie cały wszechświat od chwili swego wybuchu. Konieczna była epoka lodowcowa, wojna trojańska i nawet ta ostatnia światowa, wszystko musiało się stać, by mogło nastąpić nasze spotkanie. Dla mnie, upartego bezbożnika, jedynym bogiem jest ta zdumiewająca i niepojęta gra konieczności i przypadku.
      Jak ocalić związek w jego codzienności? Kiedyś nigdy nie kłóciliśmy się. Przełom nastąpił, gdy urodziło się dziecko. Nie tylko mniej jest czasu, a więcej stresów – kobieta po cudzie narodzin, nagle nabiera pewności siebie. I już nie udaje, że jest tylko ładna, łagodna i miła. Zaczynają się ścierać odmienne interesy, pragnienia, a przede wszystkim oczekiwania.
  Wiążemy się ze sobą najczęściej z jakiegoś bardzo „ważnego powodu”. Jeśli po latach spojrzymy prawdzie w oczy, ten powód okazuje się złudzeniem. Wynosimy z dzieciństwa liczne braki i wiele blizn, potem przez całe życie próbujemy braki uzupełnić, a bolesne blizny zaleczyć. Uparcie i wytrwale, jak głodny pragnie się najeść. Nasz partner jednak nie ma dosyć mocy, ochoty i możliwości, by nas nakarmić. Ów głód, czy brak, zwykle nie ma dna, więc cokolwiek tam się wrzuci, to przeleci. Ludzie rozwodzą się, gdyż partner okazał się w naszym mniemaniu oszustem. Miał tyle dać, a dał tak mało, prawie nic. Czy jednak mógł? A więc ten niezwykle ważny powód, dla którego związaliśmy się, nagle może okazać się dla nas zgubą. Wybranek miał być silny, opiekuńczy, zastąpić nieczułego ojca, On myślał z kolei, że ona będzie zawsze łagodna, przytulna, obdarzona kształtna pupa - takie też bywają powody, dla który przylegamy do siebie na wieczność. Wieczność jednak w ludzkim świecie trwa czasami doprawdy krótko. A niemal wszyscy jakby malejemy w przybliżeniu.
  Wedle psychologów badających związki, zdecydowana większość rozwodów nie jest potrzebna. Mamy wpisany w siebie ten sam scenariusz. Następny będzie taką samą katastrofą. Jedyne lekarstwo i prawdziwa szansa to spojrzeć krytycznie na samego siebie w związku. Problem, że muszą to zrobić na raz i na trzeźwo dwie osoby. Nie wczepiać się z pazurami w wady partnera, a obejrzeć uważnie własne. Jak jednak zrobić to trzeźwo, gdy jesteśmy pijani od emocji?
   Patrzę przez okno na nocną panoramę renesansowego miasta. Wszystko już było i wszystko się powtarza na tym najlepszym ze światów.

 


                                                   Pochwal mnie

   Wiele lat temu, gdy prowadziłem aktywne życie, a czas płynął wolniej i był bardziej gęsty, odwiedziłem znajomą.  Nie pamiętam, czy moje intencje były czysto towarzyskie, pamiętam tylko, że mało kto wtedy miał telefon i wpadało się ot tak bez zapowiedzi...ale niespodzianka! Nic dziwnego, że nie zdążyliśmy wypić herbaty, gdy krzyknął dzwonek do drzwi. W nich znana warszawska nauczycielka. Niewiasty piły alkohol, ja nie. Ile straciłem w życiu przez swoją alkoholową wstrzemięźliwość. 
  Na chwilę wyszedłem z pokoju, usłyszałem jak nauczycielka, już mało przytomna, mówi do przyjaciółki: „no nareszcie poszedł do domu, całe szczęście...”I tu nagadała na mnie to i owo. A ja właśnie wracam - pobladła i wypiła kolejny kieliszek, potem następne, pewnie z rozpaczy, że taki nietakt.
   Musiałem ją potem pijaną gdzieś odwozić, nosić.... Ach, gdyby jej uczniowie to widzieli, byliby zachwyceni.
  A teraz mogę coś powiedzieć w formie poetyckiej prozy: żyłem tyle lat i nie wiedziałem, co mówią za moimi plecami, jak wy nie wiecie drodzy czytelnicy. Dopiero teraz, gdy mam już skręcony kark, czasami udaje mi się przeczytać stare wypłowiałe napisy na swych plecach. I szepty zakrzepłe, jak zacieki. Ilu głupstw bym nie zrobił, gdybym je usłyszał i przeczytał wcześniej. Usiadłbym na krześle nieruchomo, zamknął oczy. I na wszelki wypadek przestał oddychać.
  Czy nie lepiej więc mieć w nosie czyjeś opinie? Ale gdy zrobi się postępy w obojętności na naganę i pochwałę, czy nie zmieni to nas w myślącą roślinę? Człowieczeństwo to też próżność i blizny jakie żłobią w nas czyjeś słowa. 
   Znałem wielu słynnych ludzi. I wiem, że powszechne uwielbienie, nawet nagroda Nobla, nie chronią przed niepokojami na temat własnej wartości. Wszyscy potrzebujemy pochwał, chociaż wielu to ukrywa.
  Pochlebcy dobrze o tym wiedzą. I mają rację, nic tak nie zdobywa serc jak pochwała. Pamiętam radość Czesława Miłosza, gdy pochwaliłem kilka jego nowych wierszy. Nie mogłem się nadziwić - kim jestem, że tak się cieszy? A też pamiętam swoją głupotę, gdy podczas telefonicznej z nim rozmowy wspomniałem, że jakiś narodowy idiota w swej książce gromi go za brak patriotyzmu. Nie przyszło mi do głowy, że książkę od razu kupi i będzie potem rozpaczac, o czym dowiedziałem się od jego młodej znajomej. Powiedziała mi: wiesz, jakiś idiota wspomniał mu o książce innego durnia i biedak teraz się okrutnie trapi.
  Wielcy sławni i bogaci, którzy zbudowali zamki warowne pewności siebie, muszą nieustannie je zaopatrywać w wodę i w jedzenie. Potrzebują potwierdzeń, na tyle licznych, by utrzymać w mocy tę wielką budowlę.
  Dziecko, które nie jest dosyć chwalone, wyrośnie na człowieka, który całe życie będzie musiał karmić swoją niepewność. Zaś chwalone za bardzo stanie się narcyzem, który maniacko będzie potwierdzać swą wielkość.
  Pochwała przenika człowieka słodkim dreszczem, to widać. Ale niektórzy reagują niepokojem. Chcą pochwały jak wszyscy, ale budzi ona wewnętrznego krytyka, który szepce... nie zasługujesz... Wątpliwości co do własnej osoby dręczą bowiem  wszystkich. Dlatego wymyśliliśmy miłość. Jak napisał Emil Cioran – „milczący układ między dwojgiem nieszczęśników, dzięki któremu mogą się oni wzajemnie wychwalać i przeceniać.”
  A czemu tak źle reagujemy na samochwałę? Przecież jest uczciwy i szczery, bardziej niż my, którzy udajemy skromność. Swym zadowoleniem nas pomniejsza. A przecież przyznaje się na głos, jak bardzo jest niedopieszczony. I musi pieścić się sam. Biedny. Ale czy my byśmy czynili inaczej, gdyby nie lęk przed śmiesznością i dobre obyczaje?

 

                                                   Pochwal mnie

   Wiele lat temu, gdy prowadziłem aktywne życie, a czas płynął wolniej i był bardziej gęsty, odwiedziłem znajomą.  Nie pamiętam, czy moje intencje były czysto towarzyskie, pamiętam tylko, że mało kto wtedy miał telefon i wpadało się ot tak bez zapowiedzi...ale niespodzianka! Nic dziwnego, że nie zdążyliśmy wypić herbaty, gdy krzyknął dzwonek do drzwi. W nich znana warszawska nauczycielka. Niewiasty piły alkohol, ja nie. Ile straciłem w życiu przez swoją alkoholową wstrzemięźliwość. 
  Na chwilę wyszedłem z pokoju, usłyszałem jak nauczycielka, już mało przytomna, mówi do przyjaciółki: „no nareszcie poszedł do domu, całe szczęście...”I tu nagadała na mnie to i owo. A ja właśnie wracam - pobladła i wypiła kolejny kieliszek, potem następne, pewnie z rozpaczy, że taki nietakt.
   Musiałem ją potem pijaną gdzieś odwozić, nosić.... Ach, gdyby jej uczniowie to widzieli, byliby zachwyceni.
  A teraz mogę coś powiedzieć w formie poetyckiej prozy: żyłem tyle lat i nie wiedziałem, co mówią za moimi plecami, jak wy nie wiecie drodzy czytelnicy. Dopiero teraz, gdy mam już skręcony kark, czasami udaje mi się przeczytać stare wypłowiałe napisy na swych plecach. I szepty zakrzepłe, jak zacieki. Ilu głupstw bym nie zrobił, gdybym je usłyszał i przeczytał wcześniej. Usiadłbym na krześle nieruchomo, zamknął oczy. I na wszelki wypadek przestał oddychać.
  Czy nie lepiej więc mieć w nosie czyjeś opinie? Ale gdy zrobi się postępy w obojętności na naganę i pochwałę, czy nie zmieni to nas w myślącą roślinę? Człowieczeństwo to też próżność i blizny jakie żłobią w nas czyjeś słowa. 
   Znałem wielu słynnych ludzi. I wiem, że powszechne uwielbienie, nawet nagroda Nobla, nie chronią przed niepokojami na temat własnej wartości. Wszyscy potrzebujemy pochwał, chociaż wielu to ukrywa.
  Pochlebcy dobrze o tym wiedzą. I mają rację, nic tak nie zdobywa serc jak pochwała. Pamiętam radość Czesława Miłosza, gdy pochwaliłem kilka jego nowych wierszy. Nie mogłem się nadziwić - kim jestem, że tak się cieszy? A też pamiętam swoją głupotę, gdy podczas telefonicznej z nim rozmowy wspomniałem, że jakiś narodowy idiota w swej książce gromi go za brak patriotyzmu. Nie przyszło mi do głowy, że książkę od razu kupi i będzie potem rozpaczac, o czym dowiedziałem się od jego młodej znajomej. Powiedziała mi: wiesz, jakiś idiota wspomniał mu o książce innego durnia i biedak teraz się okrutnie trapi.
  Wielcy sławni i bogaci, którzy zbudowali zamki warowne pewności siebie, muszą nieustannie je zaopatrywać w wodę i w jedzenie. Potrzebują potwierdzeń, na tyle licznych, by utrzymać w mocy tę wielką budowlę.
  Dziecko, które nie jest dosyć chwalone, wyrośnie na człowieka, który całe życie będzie musiał karmić swoją niepewność. Zaś chwalone za bardzo stanie się narcyzem, który maniacko będzie potwierdzać swą wielkość.
  Pochwała przenika człowieka słodkim dreszczem, to widać. Ale niektórzy reagują niepokojem. Chcą pochwały jak wszyscy, ale budzi ona wewnętrznego krytyka, który szepce... nie zasługujesz... Wątpliwości co do własnej osoby dręczą bowiem  wszystkich. Dlatego wymyśliliśmy miłość. Jak napisał Emil Cioran – „milczący układ między dwojgiem nieszczęśników, dzięki któremu mogą się oni wzajemnie wychwalać i przeceniać.”
  A czemu tak źle reagujemy na samochwałę? Przecież jest uczciwy i szczery, bardziej niż my, którzy udajemy skromność. Swym zadowoleniem nas pomniejsza. A przecież przyznaje się na głos, jak bardzo jest niedopieszczony. I musi pieścić się sam. Biedny. Ale czy my byśmy czynili inaczej, gdyby nie lęk przed śmiesznością i dobre obyczaje?

 

                                         Pięścią i plamką w drzwi

    Dzwoni kolega terapeuta, poruszony po lekturze „Nie chcę o tym mówić” , książki  Terrence Real, o męskiej ukrytej depresji. Nie ma już wątpliwości, że Polska nie jest kobietą, co nam się kiedyś zdawało, o czym nie raz dyskutowaliśmy i na co mieliśmy sporo dowodów. Już prędzej jest zmęczonym, podstarzałym facetem z ukrytą depresją i  z alkoholowym problemem. Określić płeć kraju to zawsze rzecz trudna i nigdy do końca nie wyjaśniona.  Jakby kraj ze swej natury nie mógł być obojnakiem. 
   To jedna z książek, które otwierają zamknięte drzwi do mężczyzny. Miliony kobiet szarpie za klamkę,  wali w nie pięścią. I nic. Zawsze podejrzewałem  - mężczyźni nie są z innej planety. Po prostu chłopcy inaczej są  d e f o r m o w a n i  w dzieciństwie niż dziewczynki
    Dziewczęta zachęca się do wyrażania emocji i kultywowania  więzi, za to hamuje się ich ekspresję społeczną.  Chłopców odwrotnie - uczy się walki i rywalizacji, a tłumi się ich wrażliwość i emocje, tracą więc umiejętność tworzenia głębokich więzi.
  Od kiedy kwitnie feminizm, bada się i opisuje, co zostało u kobiet stłumione przez patriarchat. Ale nadal ukryte co blokuje rozwój osobowości chłopców. Wyuczona męska tendencja do ukrywania cierpienia, to nie tylko gwarancja kłopotów z intymnością. Też fabryka psychopatów. I powszechna męska depresja, ukryta, gdyż to słabość  i cierpienie, a one  muszą być wyrugowane z męskiego świata. 
   Zablokowanie intymności powoduje, że kobiety są skazane, by przytulać się do hipopotamów. Rośnie jednak liczba mężczyzn zmienionych przez nowy czas. Nauczyli się ujawniać miękki brzuch, skarżyć się i płakać - problem, że głównie to potrafią. Z hipopotamem być za twardo, a z nowym mężczyzną jakby za miękko. No i te współczesne dziewczyny rozdarte między chłodem samodzielności, a gorącą potrzebą bliskości i czułości.
    Też dlatego coraz trudniej tworzyć nam stabilne związki. Czy stabilny to znaczy dobry? Dawne związki były stabilne, za to bez miłości. Od małżeństwa nie wymagano uczuć, uważano nawet je za przeszkodę. Uczucie to brak rozwagi, a gniazdo buduje się rozważnie. Świat był więc prosty. Na niebie czuwał męski Bóg, nad krajem król, nad małżeńskim mąż. Kobieta była skrępowana,  też w łóżku, aktywność tam naganna, znak że umysł niewiasty pomieszał się od nadmiaru rozkoszy. (Motaigne)
   A my chcemy, aby nowe związki, oparte na równości, były trwałe i szczęśliwe. Nie ma cudów.  Jeszcze tego nie umiemy.
    Drzwi niemal doryckie,  śnieżnobiałe,  zainstalował w naszym domu mężczyzna wysoki, przystojny. Dopóki nie otworzył ust. Do tej pory byłem nieświadom, jak seplenienie może człowieka pomniejszyć. Zmiękcza ponad miarę, można nawet rzec, że z jajek robi jajecznicę.
-  Tu jest malutki ubytek - powiedziała z niepokojem żona - majster spojrzał na drzwi, wyjął pędzelek, farbkę i pacnął - Juś dobźe – powiedział i odjechał.   Wieczorem żona mnie wola.
- Popatrz! Jest o wiele gorzej! –
-  Prawie nie widać.-
 -Te drzwi są zniszczone.-
- Przesadzasz-
- Niby esteta, a tak naprawdę jesteś niechluj. Nie widzisz, że je zniszczył?!
- Jakie drobnomieszczaństwo...gdybym wiedział to wcześniej...
  Tu z poczucia taktu, lojalności i z braku miejsca opuszczam wiele następnych stron dialogu. Zaprowadził nas daleko, na skraj przepaści. Z każdą bowiem plamką, czeka wiele nie ujawnionych wzajemnych pretensji, które mają swoją historię. Plamka jak mały kamyk uwolniła lawinę.
  Już noc, leżymy obok siebie w milczeniu, a między nami drzwi. Można je zatrzasnąć, ale też otworzyć. Walić w nie pięścią, ale też serdecznie poskrobać. Równość w małżeństwie prowadzi do częstych sporów, ale też daje szansę na wyjaśnienie i czułość.

 
                                                        Bez litości

   Znowu ogłaszamy w tym numerze ! Zwierciadła konkurs na dziennik „Dzień po dniu”,  ostrzegam, gdyż łatwo taki konkurs przegapić. Jednak ostrzegam przede wszystkim, dlatego, że pisanie dziennika to spore ryzyko. Przez takie pisanie miewałem groźby rozwodowe. Nawet najszlachetniejszy bliski, nie w powstrzyma się, by nie zajrzeć po kryjomu do intymnych notatek partnera. Przecież my jedność, to jakby zaglądać w swoje. Nigdy z tym się nie zgodzę – jedność, proszę bardzo, ale w wielości. Osobność nawet najbliższej osoby trzeba szanować, też dla dobra związku. Matki jednak często czytają pamiętniki córek, a córki matek, żony mężów i na odwrót. Potem bywają monstrualne awantury i rodzinne katastrofy. Uważam, że takie podglądanie dziennika, listu, czy SMSu, to wielka nielojalność, tego się nie robi. Powinniśmy znać się dobrze, ale mieć swoje tajemnice. A tak jest ze świństwami, że te wielkie pożerają błyskawicznie małe. Więc świństwo podejrzenia kogoś bliskiego od razu niknie pożarte przez wyśledzenie wielkiej świni, nawet w sposób świński. Komputer otwiera tu wielkie możliwości, tak utrzymania tajności jak i wielkiej wpadki.
   Kiedy przed laty zaczynaliśmy nasz konkurs, blogi zaledwie kiełkowały. Teraz szumią ich łany i gadają we wszystkich językach świata.... Blog to dziennik, ale nieco inny, gdyż publiczny. Od kiedy bloguja nasi politycy, blogierzy kojarzą mi się z blagierami.  Rozblogowanie naszego świata, to kolejny znak, jak kwitnie nam narcyzm. Patrzcie wszyscy, jaki jestem osobny, niezwykły. Skromność autora dziennika polega też na tym, że przede wszystkim chce rozmawiać ze sobą samym, a pokazanie go innym, nagrody, to sprawa drugorzędną. Dlatego kiedyś pozwalano drukować dzienniki tylko po śmierci tych wszystkich, których mogły dotknąć. A choćby częściowo szczery dziennik kaleczy ludzi. Nieszczerość jest, bowiem paradoksalnie podstawą dobrych stosunków z innymi, no powiedzmy szczera i ładna nieszczerość. To zaś, co zwykle ciekawe w dzienniku to właśnie jego bezczelność, nie tolerowana w kontaktach międzyludzkich.
    A jednak pisanie dzienników, nawet tych szybko ujawnianych, ma wiele zalet. Nie istnieje lepsza forma spotkania się ze sobą samym, autoterapii, chwycenia za uzdę i osadzenia w miejscu galopującego czasu...
   Ogłoszenie naszego kolejnego konkursu „dzien. po dniu” zbiega się z wydaniem 13 tomów dzienników Marii Dąbrowskiej, cenionej pisarki...Notowała dzien. pod dniu  od 1914 roku do czasu swej śmierci w 1965 roku.  Obszerne fragmenty jej dzienników wydano już dawno w pięciu tomach. Całość pozwoliła jednak drukować w 40 lat po swej śmierci. Właśnie te lata minęły.
  Dzisiaj żadne znane wydawnictwo nie mogło udźwignąć druku aż tylu, wydal więc je PAN, skromnie i w niewielkim nakładzie.
  Jestem dopiero po lekturze tomu pierwszego, ale znam dawny wybór, czytałem też wydane niedawno dzienniki psiarki Anny Kowalskiej, wielkiej przyjaciółki i jak się okazuje kochanki Dąbrowskiej, która miała przywilej być doskonale biseksualna. Miłosz w swoim „Abecadle” zanotował zdumiony...”Odnosiłem się do Pani Marii z należytym szacunkiem, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że można na nią spojrzą jak na kobietę. Ten trochę zezowaty karzełek, z grzywką przyciętą na pacholę, był dla mnie ostatnią istotą, do której mogłem zwracać erotyczne zapały. A nic nie wiedziałem o tym, co stało się powszechnie znane dopiero czytelnikom jej dzienników, to znaczy o jej stronie by tak rzec lubieżnej...”
  Fascynujące takie spojrzenie z wielu dwóch stron na jedną osobę. Dąbrowska nie wypada jednak za dobrze w wielokrotnym oglądzie - kto wypada? Miała słabości, uprzedzenia i egotyzm, o które nigdy pisarki nie posądzono, uważając ją za ideał polskości. Dziennik jednak, jeśli uczciwy nie ma litości dla opisanych, ale też dla swego autora. I tak powinno być.
 



  Projekt i wykonanie hypercube   Biografia       Twórczoœć       Wydarzenia       Kontakt