Tomasz Jastrun          Biografia       Twórczość       Wydarzenia

Urodził się w roku 1950; syn poetki - Mieczysławy Buczkówny i poety Mieczysława Jastruna. Jest poetą, prozaikiem, eseistą, krytykiem literackim i reporterem
więcej

więcej



Newsweek
• Tygodnik Newsweek - nowe felietony
• 

 


Tygodnik Newsweek - nowe felietony

Chociaż to grudzień, motyl w kolorowym kostiumie kąpielowym unosi się na niebieskich falach, a spocony bąk odziany w czarne futro chowa się przed upałem w kielichu żółtej forsycji... Czuję się jak korek, który wyskoczył z butelki szampana - nagle wolny. Los rzucił mnie na tą rajską wyspę w towarzystwie licznych kobiet. Jak na nie patrzę, nie mam wątpliwości, że Polska już nigdy nie będzie taka, jaka była, czasami na złe, ale przede wszystkim na dobre. Od kiedy odkryłem, że kraje mają płeć, pewien byłem, że Polska jest kobietą, teraz widzę, że raczej facetem po przejściach, z problemem alkoholowym, za którym kryje się depresja. Ale już widać, że Polki zaczynają przejmować nasz kraj od niewydarzonych facetów, to potrwa, ale jest nieuchronne. Podglądam teraz jak dziewczyny znakomicie bawią się we własnym towarzystwie, jak szczerze i wybuchowo się śmieją, tulą się do siebie i dotykają, jakby nigdy nic. I w końcu, ile w tym spontaniczności, jak wiele duchowej wymiany. Faceci już nie są im potrzebni, no może tylko czasami. Aby nie wyjść na naiwniaka, w pośpiechu uzupełniam; wiem, że w tej serdecznej niewieściej bliskości kryje się zawsze kilka żmij, ale to już inna opowieść, zanurzona w historii tysięcy lat. Próbuję sobie wyobrazić takie samo grono, już czysto męskie... Wyobraźnia mi jednak zgrzyta....Otworzyliby pewnie telewizor szukając jakiegoś meczu, potem upiliby się i zaczęli śpiewać „góralu...” Dziewczyny też intonują ów polski pijacki hymn narowy, ale to bardziej cytat i kpina z męskiej bezradności...... Po tym wstępie ośmielam się w końcu przyznać, że nie jestem jednak przekonany co do parytetu płciowego, o czym w Polsce się dyskutuje. Do tej pory na mej zawodowej drodze kobiety na kierowniczych stanowiskach, to zwykle był jakiś koszmar. A nasze posłanki, polityczki? Wystarczy popatrzeć: z jednej strony kostyczna Julia Pitera, z drugiej rozkuchcona Beata Kępa, gdy środkiem kroczy Renata Begger z tasakiem w ręku. Jakby te „kierownicze” kobiety łączyły w sobie karykaturalne samcze wady, wzburzone przez hormonalne burze. Ale rozumiem - kobiety muszą przebijać się przez mur patriarchalny, więc te, którym udaje się przebić, musza być bardziej męskie od mężczyzn... Podobnie jak Piłsudski, czy Giedroyc, też jestem przekonany, że co najlepsze w ułomnej Polsce, to kobiety właśnie. Mężczyźni zostali przemieleni przez historię, porażeni przez naznaczone dramatami historii matki. A co dzisiaj daje taką przewagę kobietom, to empatia, elastyczność i czułość, cechy, które tak urosły, gdy naga siła przestała być ważna. Nie trzeba im więc pomagać radykalnie, skoro prędzej czy później same dadzą sobie radę. Rewolucje skompromitowały się, wspierajmy ewolucję. Inna sprawa, że u nas tyle rożnych patriarchalnych głupot i nieporadności, że aż prosi się, by wsadzić kij w to męskie mrowisko, zamieszać i popatrzeć, co z tego wyniknie. Los rzucił mnie więc na wyspę, tą sama, na której byłem kilka miesięcy temu. Co za pech? Dziewiczość miejsca daje jednak dreszcz tajemnicy, którego teraz nie ma. Chociaż wszędzie szopki świąteczne z prawdziwymi palmami- pierwsza odruchowa myśl - jak to bez śniegu, a przecież właśnie tak bardziej po bożemu i bliżej prawdy.... Pięć gwiazdek hotelu kapie luksusem i wielkim żarciem...To nieumiarkowanie przynosi nam wszystkim wstyd. Ale mnożenie rzeczy i nowych przyjemności, to przecież cel naczelny naszej cywilizacji. Rozbawiacz hotelowy z pęczkiem kijów pod pachą pyta, czy mam ochotę brać udział w walkach na kije. Samczy instynkt szepce, że głupio odmawiać, więc mówię, że uwielbiam walić się kijami, ale przed chwilą przyleciałem, może jutro. Dziewczyna z płonącym czubem czerwonych włosów proponuje aerobik w basenie, a chłopak cały w hakach i linach, wspinaczkę na pobliskiej ścianie. Na razie dziękuje. Wśród animatorów spotykam kobietę z Polski. Jest z emigracyjnej fali, która w latach 80. wypłynęła na zachód legalnie, na niemieckich papierach. Mieszka na wyspie od ośmiu lat. Właściciel firmy, która pożycza mi samochód, to też rodak....Jesteśmy więc jak ten pył gwiezdny rozproszy w kosmosie świata. Skarżą się na monotonnie, tak zawsze jest z rajem. Marzą o kilkudniowym deszczu, który bębni o blaszany parapet, o mrozie, który szczypie w policzki... Oto kolejny dowód, że kontrasty są potrzebne, by czuć smak życia. Stojąc na wysokości 4 tysięcy metrów, obok dymiącej wargi wulkanu, patrzę na bezmiar oceanu. I gdzieś tam daleko na ojczystym brzegu, widać jak chmurzy się nowy wielki moralny problem, Czy generał w grudniu pamiętnego roku 80 prosił sowietów o pomoc, czy chciał tylko sam? Aż tak u nas dobrze, że nie mamy innych zmartwień? Już tamtej mroźnej nocy, wyrzucony, jak się potem okaże, na rok z orbity rodzinnego domu, a z normalnego życia na lat osiem, byłem pewien, że generał nie posiada dobrych usprawiedliwień i nie będzie ich miał. Uczciwy człowiek nie ma prawa znaleźć się w takim czasie i w takim miejscu jako namiestnik imperium. Czas jednak pokazał, że nie był to Pinochet.. i ważne jak zakończył to w roku 89. Gimnastyka moralna na historycznych, żywych przykładach, bywa pożyteczna, a nawet jest niezbędna dla spoleczenego zdrowia, ale teraz to wszystko śmierdzi doraźną polityką. A znęcanie się nad starcem, to przywilej durniów i ludzi słabych. Grudniowe bąki Chociaż to grudzień, motyl w kolorowym kostiumie kąpielowym unosi się na niebieskich falach, a spocony bąk odziany w czarne futro chowa się przed upałem w kielichu żółtej forsycji... Czuję się jak korek, który wyskoczył z butelki szampana - nagle wolny. Los rzucił mnie na tą rajską wyspę w towarzystwie licznych kobiet. Jak na nie patrzę, nie mam wątpliwości, że Polska już nigdy nie będzie taka, jaka była, czasami na złe, ale przede wszystkim na dobre. Od kiedy odkryłem, że kraje mają płeć, pewien byłem, że Polska jest kobietą, teraz widzę, że raczej facetem po przejściach, z problemem alkoholowym, za którym kryje się depresja. Ale już widać, że Polki zaczynają przejmować nasz kraj od niewydarzonych facetów, to potrwa, ale jest nieuchronne. Podglądam teraz jak dziewczyny znakomicie bawią się we własnym towarzystwie, jak szczerze i wybuchowo się śmieją, tulą się do siebie i dotykają, jakby nigdy nic. I w końcu, ile w tym spontaniczności, jak wiele duchowej wymiany. Faceci już nie są im potrzebni, no może tylko czasami. Aby nie wyjść na naiwniaka, w pośpiechu uzupełniam; wiem, że w tej serdecznej niewieściej bliskości kryje się zawsze kilka żmij, ale to już inna opowieść, zanurzona w historii tysięcy lat. Próbuję sobie wyobrazić takie samo grono, już czysto męskie... Wyobraźnia mi jednak zgrzyta....Otworzyliby pewnie telewizor szukając jakiegoś meczu, potem upiliby się i zaczęli śpiewać „góralu...” Dziewczyny też intonują ów polski pijacki hymn narowy, ale to bardziej cytat i kpina z męskiej bezradności...... Po tym wstępie ośmielam się w końcu przyznać, że nie jestem jednak przekonany co do parytetu płciowego, o czym w Polsce się dyskutuje. Do tej pory na mej zawodowej drodze kobiety na kierowniczych stanowiskach, to zwykle był jakiś koszmar. A nasze posłanki, polityczki? Wystarczy popatrzeć: z jednej strony kostyczna Julia Pitera, z drugiej rozkuchcona Beata Kępa, gdy środkiem kroczy Renata Begger z tasakiem w ręku. Jakby te „kierownicze” kobiety łączyły w sobie karykaturalne samcze wady, wzburzone przez hormonalne burze. Ale rozumiem - kobiety muszą przebijać się przez mur patriarchalny, więc te, którym udaje się przebić, musza być bardziej męskie od mężczyzn... Podobnie jak Piłsudski, czy Giedroyc, też jestem przekonany, że co najlepsze w ułomnej Polsce, to kobiety właśnie. Mężczyźni zostali przemieleni przez historię, porażeni przez naznaczone dramatami historii matki. A co dzisiaj daje taką przewagę kobietom, to empatia, elastyczność i czułość, cechy, które tak urosły, gdy naga siła przestała być ważna. Nie trzeba im więc pomagać radykalnie, skoro prędzej czy później same dadzą sobie radę. Rewolucje skompromitowały się, wspierajmy ewolucję. Inna sprawa, że u nas tyle rożnych patriarchalnych głupot i nieporadności, że aż prosi się, by wsadzić kij w to męskie mrowisko, zamieszać i popatrzeć, co z tego wyniknie. Los rzucił mnie więc na wyspę, tą sama, na której byłem kilka miesięcy temu. Co za pech? Dziewiczość miejsca daje jednak dreszcz tajemnicy, którego teraz nie ma. Chociaż wszędzie szopki świąteczne z prawdziwymi palmami- pierwsza odruchowa myśl - jak to bez śniegu, a przecież właśnie tak bardziej po bożemu i bliżej prawdy.... Pięć gwiazdek hotelu kapie luksusem i wielkim żarciem...To nieumiarkowanie przynosi nam wszystkim wstyd. Ale mnożenie rzeczy i nowych przyjemności, to przecież cel naczelny naszej cywilizacji. Rozbawiacz hotelowy z pęczkiem kijów pod pachą pyta, czy mam ochotę brać udział w walkach na kije. Samczy instynkt szepce, że głupio odmawiać, więc mówię, że uwielbiam walić się kijami, ale przed chwilą przyleciałem, może jutro. Dziewczyna z płonącym czubem czerwonych włosów proponuje aerobik w basenie, a chłopak cały w hakach i linach, wspinaczkę na pobliskiej ścianie. Na razie dziękuje. Wśród animatorów spotykam kobietę z Polski. Jest z emigracyjnej fali, która w latach 80. wypłynęła na zachód legalnie, na niemieckich papierach. Mieszka na wyspie od ośmiu lat. Właściciel firmy, która pożycza mi samochód, to też rodak....Jesteśmy więc jak ten pył gwiezdny rozproszy w kosmosie świata. Skarżą się na monotonnie, tak zawsze jest z rajem. Marzą o kilkudniowym deszczu, który bębni o blaszany parapet, o mrozie, który szczypie w policzki... Oto kolejny dowód, że kontrasty są potrzebne, by czuć smak życia. Stojąc na wysokości 4 tysięcy metrów, obok dymiącej wargi wulkanu, patrzę na bezmiar oceanu. I gdzieś tam daleko na ojczystym brzegu, widać jak chmurzy się nowy wielki moralny problem, Czy generał w grudniu pamiętnego roku 80 prosił sowietów o pomoc, czy chciał tylko sam? Aż tak u nas dobrze, że nie mamy innych zmartwień? Już tamtej mroźnej nocy, wyrzucony, jak się potem okaże, na rok z orbity rodzinnego domu, a z normalnego życia na lat osiem, byłem pewien, że generał nie posiada dobrych usprawiedliwień i nie będzie ich miał. Uczciwy człowiek nie ma prawa znaleźć się w takim czasie i w takim miejscu jako namiestnik imperium. Czas jednak pokazał, że nie był to Pinochet.. i ważne jak zakończył to w roku 89. Gimnastyka moralna na historycznych, żywych przykładach, bywa pożyteczna, a nawet jest niezbędna dla spoleczenego zdrowia, ale teraz to wszystko śmierdzi doraźną polityką. A znęcanie się nad starcem, to przywilej durniów i ludzi słabych. Ok. Smaki i niesmaki Śnieg, który spadł, nadał sens i urodę tej porze roku. Już nie muszę walczyć ze swoją wyobraźnią, by przekonać siebie, że bura zawiesina, która tak szybko czernieje, jest srebrna, a nagie drzewa, to nie szkielety starych kobiet, tylko wewnętrzne rusztowania młodych dziewcząt, które czekają na szybkie zmartwychwstanie. Tato sieńg sieńg – obudził mnie rano krzyk mego synka. Siedział na łóżku wyprostowany jak peryskop łodzi podwodnej...Ruchome święto, w którym żyje dziecko, staje się też naszym świętem. A istnieć nie tylko własnym istnieniem, to część sztuki życia. Obserwuję znajomych, którzy nie mają dzieci, widzę jak zastygają w swoim egotyzmie. Niestety nowe czasy powodują, że rodzina staje się zamkniętą kapsułą ratunkową, często wyposażoną dodatkowo w kraty. Ci, co mają środki duchowe, by kochać swoje dzieci, skupieni są na dzieciach, jak jeszcze nigdy w historii świata. Mimo jak najlepszych intencji, powstaje wielka hodowla narcyzów. W wieku dwóch-trzech lat, każdy maluch zaczyna mieć poczucie wszechmocy. Nie rozumie ograniczeń świata, jego wyobraźnia nie zna granic i myli fikcję z rzeczywistością. Ciekawe jakie będę konsekwencje zaniku podwórek, gdzie nauka świata i życia była bliska natury? Dzieci tych zamożniejszych rodzin są teraz wszędzie wożone samochodami, by po drodze nie stała się im krzywda. Wiele z nich ma korony na głowach, a w dłoniach dzierży berła. Wioząc z przedszkola naszego księcia, włączyłem płytę z muzyką poważną. Ze zdumieniem słyszę, że książę nuci fragmenty Mozarta, a kiedy wjeżdżam do garażu, robi mi dziką awanturę - nie chce wysiadać, chce słuchać. Jeśli okaże się, że ma muzyczny talent, będzie kłopot. Czasy takie, że nie wolno marnować talentów, a wcale nie mam ochoty skazywać go na ciężkie fortepiany. Na lotnisku już po odprawie, zasiadam, patrzę, a obok Adam Malysz i ekipa polskich skoczków. On bez nart taki niepozorny, a prawdę mówiąc cherlawy. Symbol narodowy, duma polska, nasz polski orzeł. Jakby nie wiedzieć tego, co się wie, to zakładać by się można, że nie podskoczy wysoko. Ludzie nie dają mu spokoju, wołają jak dzieci - o Małysz,! Jedni pochylają się po autograf, inni kucają po wspólne zdjęcie. Na jego miejscu chodziłbym z tabliczką na piersi i na plecach...- A odp.... wy się wszyscy ode mnie...” Siedzę obok i jakoś głupio, jakbym się podszywał pod polską ekipę...Ludzie zerkają, taki siwy to może masażysta, za stary, na pewno psycholog drużyny... Kilku innych skoczków kręci się w cieniu Małysza, też szczuplaki, wszyscy mówią z nalotem góralszyczyzny, co daje naszemu językowi wzgórza i doliny, ale to już nie gwara, tylko jej pogłos. Wszyscy przykuci do swoich komórkowych telefonów, to rozmawiają, to w coś grają, to wystukują. Owe drobienie placami, jakby robienie na drutach, charakterystyczny znak początku XXI wieku. Jakiś wielkim smutek ciągnie od sprawy Krzysztofa Piesiewicza. I smutno, że teraz o tym piszę, zamiast przemilczeć...To był kolejny ukłon mediów w stronę mroku. Kiedy jednak wieść już niesie i odbija się echem, komentujemy z czystym sumieniem i powielamy echo. A przecież nie wszystko jest tu oczywiste. Radość grzeszników, że nie są sami. I donośny głos czyścicieli oraz lustratorów, oni już nie ruszają się z miejsca bez sterty kamieni. Znam Piesiewicza słabo, ale wszystkie z nim spotkania zostawiły we mnie jasny ślad. Ujmuje mądrością i światłem. Musi mieć jednak w sobie też mrok, skoro potrafił pisać o piekle. I już wiemy, że mądrość wobec innych nie chroni nas przed robieniem głupstw wobec siebie. Gdy patrzy się na biografie wielkich, ich piwnice zwykle zaskakująco pełne małych i dużych okropieństw. Syn Adama Mickiewicza długo palił kompromitujące ojca papiery, ale to i owo przeoczył. A co stało się z pierwszym dzieckiem Einsteina? Miał szczęście, że nie było wtedy tabloidów. Romanse Piłsudskiego uszły ma na sucho, teraz by nie uszły, a samobójstwo kochanki po rozmowie z jego żoną załatwiłoby go na amen. Jestem za jawnością, za odwagą mówienia prawdy, ale widzę jak świat brzydnie w jej blasku. Człowiek wytrzymuje czasami próbę półprawdy, całej nie zniesie. Jako gość pewnego telewizyjnego programu, słyszę jak operatorzy rozmawiają ze sobą narzekając, że jutro będą musieli kręcić polityków. „Z prostytutkami byłoby ładniej, weselej i mądrzej”...Pogarda wobec naszych polityków znalazła już swoje dno i po nim łazi na czworakach. Dwugodzinne nagranie wspomnień z lat opozycyjnej działalności. Zdaje mi się, że coraz mniej mam do powiedzenia, jakbym zaczynał tego się wstydzić. Ze wspomnieniami tak bywa, że po latach chodzi się wytartymi ścieżkami, powtarzając prawdę i nieprawdę z równym przekonaniem. Przesłuchuje mnie kolega z dawnych lat. Czas nas tak oddalił, że nawet go nie pamiętam, ale zbliża nas wspólne odczuwanie smaków i niesmaków, choćby z uroczystości wręczania medali przez Lecha Kaczynskiego półtora roku temu. Bywa niesmak trudny do zjedzenia i strawienia mimo upływu czasu. Wspólnota smaku i niesmaku łączy ludzi najbardziej. A smak polskich świąt, już niestety wyjaławianych przez komercję, tak szczególny, że właśnie jego bodaj najdotkliwiej brakuje naszym emigrantom. Nie tylko orły fruwają Mróz zmroził wirusy i na razie pogrzebał nadzieje PiSu, że mór świńskiej grypy potwierdzi rzucone podejrzenie, że Platforma nie sprowadzając szczepionki chciała wymordować naród polski. Wiele jestem w stanie wybaczyć PiSowi, ale nie, że majstrują przy głębinowych ludzkich lękach. Miasto w korkach, w śniegu i w lodzie. Jadę ulicą Gagarina, pamiętam jak nazywała się Nowoparkowa. Mijam dom gdzie mieszkała Zofia Nałkowska, tu napisała najlepszy tom swoich dzienników, ten z czasów wojny. Na parterze był jej sklepik w wyrobami tytoniowymi. Czemu na tym domu nie ma pamiątkowej tablicy? To okolice mego dzieciństwa. Po drugiej stronie jest wejście do Parku Łazienkowskiego. Miejsce pielgrzymek moich rodziców ze mną w wózku, w którym uparcie odpadało koło, a ojciec wstydził się kierować tym pojazdem. Nagle widzę, że zepsute są światła na pobliskim skrzyżowaniu z Czerską. Samochód na sąsiednim pasie hamuje przed przejściem dla pieszych. Jest ślisko, jakimś cudem zatrzymuję się. Kątem oka widzę jak pasami idzie ojciec z dzieckiem, dziewczynka ciągnie za sobą sanki, a na szyi ma długi szalik....Kiedy oddech ulgi opuszcza me usta, czuję walnięcie w głowę i huk taki pusty w środku. Mój pojazd uderzony potężną pięścią sunie do przodu. Teraz wszystko odbywa się jak na zwolnionym filmie - stoję jakby obok i patrzę bezradny. Człowiek na pasach podrywa się, mocniej ściska dłoń dziecka i oboje jak spłoszone ptaki odfruwają na pobocze, a za nimi płyną w powietrzu sanki... I wszyscy gdzieś nikną. Mój samochód zatrzymuje się kilka metrów za pasami. Za mną stoi duży terenowy wóz. Dopiero, gdy wychodzę zabierając kluczki - to już odruch, nauczyły nas tego kradzieże na stłuczkę - widzę, że z tyłu stoi trzeci samochód, który okrutnie się wykrzywia spiętrzoną blachą maski. -Całe, szczęście, że człowiek z dzieckiem odfrunął - mówi młody chłopak z rozbitego wozu. A więc to nie było moje przewidzenie. - wpadłem w poślizg- mówi właściciel dużego pojazdu - moja wina, przepraszam, całe szczęście, że odfrunęli. Czemu nikt się nie dziwi, ja też nie? Może tak jest, że niedoszli niewinni zabójcy nie potrafią się dziwić. Oglądam tył samochodu, chociaż czuję, że to bardzo przyziemne po tym co się stało. Nie wiedziałem, że mój pojazd ma taki twardy tyłek, widać tylko lekkie stłuczenie lewego pośladka. Czekaliśmy godzinę na policję, mieli ciężki dzień. Przyjechali cywilnym wozem, włożyli białe czapki na głowy, nie sprawdzili dokumentów, machnęli ręką – „dogadaliście się, a winny nie protestuje”. Mili byli i pojechali. My też ze sobą serdecznie, siedzimy w luksusowym wozie, rozmawiamy o polityce, o zaniechaniach kolejnych rządów i spisujemy swe dane. Kiedy potem dzwonię do firmy ubezpieczeniowej, rozmowa z nimi zdaje się przyjemna jak masaż całego ciała. „Poślemy pana, jeśli pan się zgodzi do związanego z nami warsztatu, dostanie pan na czas remontu wóz zastępczy.” Właściwie całe zdarzenie budujące i sympatyczne – ja chcę takiej Polski! Jeśli jest taka co jakiś czas, to może wkrótce taka będzie zawsze. Zakończył się trzeci rozbiór Telewizji Polskiej. Media donoszą, że szefem został Orzeł. Pierwsze orły, jakie poznałem w PRL były bez korony, potem już z koroną, czasami tylko zdawała się być cierniowa. I przytrafiały się też kaczki udające orły. A Orły miały czasami imiona, lecz Romualda nie znałem. Prawie nikt go nie zna. I dobrze. Gdyby szefem telewizji został Gall Anonim byłoby właściwie najlepiej...Z nazwisk nie wypada kpić, przypominali o tym starożytni, więc bądźmy już poważni. Mawia się, że media publiczne nam jednak potrzebne, tylko one dbają o pamięć. Ale przecież program TVN historia jest prywatny i cały oparty na pamięci. A media publiczne zdają się nie mniej zjadane przez komercję, co prywatne. Zgadzam się jednak, bez pamięci, żyć groźnie i głupio. Problem, że równie źle, gdy manipuluje się pamięcią zbiorową. Pamiętamy to z czasów PRL. Teraz też mamy wrażenie, że z pamięci próbuje się robić broń w politycznej walce. Partie powinny odpieprzyć się od pamięci zbiorowej i od telewizji. Jak wiele trzeba było amnezji by narodowa prawica i lewica mogły zawrzeć sojusz w telewizji i by mógł tam wrócić Czarzasty i Kwiatkowski? To jakiś upiorny żart z naszej pamięci. Jakby liczono, że niczego już nie wiemy, nic nie pamiętamy. Braterski uścisk, PiSu i SLD, to świetna puenta jakiejś podróży, na jej końcu jest pustka. Czy można liczyć, że to już rozbiór ostatni, a wyzwolenie telewizji przyniesie Platforma, by przejąć nad nią władzę? Nie, to ja jednak dziękuję. A publicznej telewizji nie oglądam, to nawet nie znak protestu, jakoś tak naturalnie się stało. Niczego tam nie znajduję dla siebie. Ratuję swą kiepską pamięć czytając książki, chociaż częściej je przeglądam. Przeglądam ich tysiące, gdyż przywiozłem do swego domu bibliotekę ojca. W tych rodzinnych książkach znajduję nie tylko słowa. Między kartkami wiele się dzieje. Mieszkają tam ususzone liście, listy, bilety PKP, zaproszenia na bardzo ważne imprezy, tak przebrzmiałe, jakby ich nigdy nie było. Te ślady dawnego życia im są dalsze w czasie, tym nabierają wartości. A na koniec roku, to najchętniej bym trochę pomilczał.... Wszyscy powinniśmy zamilknąć. I niech staną na chwilę młyny słów i obrazów. Minuta ciszy z szacunku dla czasu, który minął. Żyjemy przecież w niebywałym zgiełku, zakrzątani, oślepieni nadmiarem wszystkiego. Jak ten czas leci Wigilia na wsi, gdy rozmawiam ze starszymi gospodarzami, mam poczucie, że tylko cząstkowo rozumieją nasze życie społeczne. Czy może być inaczej, skoro ich czas aktywności zawodowej przypadł na lata Polski Ludowej? W głowach teraz groch z kapustą. Trudno tych ludzi nawet przekonać, że bankructwa wielkich firm, mamutów socjalizmu, były nieuniknione, a udział obcego kapitału w polskiej gospodarce to błogosławieństwo. Nie do końca mamy dzisiaj świadomość, jak zabory podkopały polską psychikę. Ta dawna rana, co zasklepiła się w roku 1918, została otwarta w czasie hitlerowskiej okupacji, a ropiała przez półwiecza PRL. Nic dziwnego, że taki żywy jest ból, który oplata naszą świadomość. Dlatego nadal u nas tak mało uśmiechów, tyle głębinowej nieufności, niepokoju, że ktoś nas znowu oszuka, ograbi, okradnie, dlatego takie wysokie ogrodzenia, tyle wszędzie krat.... I dlatego tak podli politycy, którzy grają tym głębinowym lękiem. Kiedy się mówi starszym, że współczesna gospodarka rynkowa, globalizacja, zaciera dawne tradycyjne prawa własności, że Chińczycy wykupili wiele słynnych firm w Stanach, co nie powoduje, że Stany są mniej amerykańskie, chwila konsternacji i zadumy. Wzdychają więc za latami 70. To był dobry czas. Wtedy wszystko było zrozumiałe. Ich dzieci tylko uśmiechają się kwaśno, nie ma co z nimi dyskutować, trzeba robić swoje, mimo świąt stukają na komputerze serfując po całym świecie, sprzedają coś i kupują... Gospodarstwo przejmuje syn gospodarza. Ten już coraz słabiej broni się przed pomysłami syna, które uważa za ryzykowne i szalone. Pewnie czasami ma rację. Ale ma też rację syn, który uważa, że bez ryzyka nie zrobi się dobrego interesu. Ojciec zapomniał na amen, jak sam kłócił się ze swoim ojcem, który nie chciał żadnych innowacji. Od wczoraj w murowanej stodole gdzie dziadek doił własnoręcznie krowę, stoi machina, kilkadziesiąt razy większa od krowy. Przybyła prosto z Hiszpanii. A to tylko jedna z sześciu inwestycji młodej gorącej głowy. Gospodarz pod nieobecność syna pokazuje nam przybysza, co przypomina skomputeryzowany obiekt kosmiczny, który potajemnie wylądował wśród polskiego bałaganu. Jest dumny, chociaż co chwila ogarnia go wielka groza. Ta są te współczesne polskie silniki napędowe, o czym człowiek wsłuchany tylko w media nic nie wie. Tam tylko sensacje, katastrofy i korupcja. Kiedy rzucam okiem na kłótnie w komisji hazardowej, mam ochotę za okiem rzucić od razu ucho i odejść w milczeniu. Bardzo hałaśliwy ten pogrzeb. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, co jest chowane. Dociec prawdy tu raczej się nie da, nie dlatego, że taka rogata, zdaje się ona bezkształtna, nieoczywista, jak złe obyczaje, jak brak klasy, cwaniactwo i złatwiactwo, czyli nasze wady powszechne. Po co więc Platforma tak mąci, co za głupota by z Beaty Kempy, która przypomina przekupkę i z prokuratora Wassermana, któremu sople lodu zwisają z marsowego czoła, robić ofiary walki o prawdę - co oni mają wspólnego z prawdą? Im tylko dynda obrzmiały interes partyjny. Następna komisja sejmowa powinna zająć się już sprawami naprawdę poważnymi. Oto z biegiem lat czas płynie wszystkim coraz szybciej. Mimo że tak wiele nas różni w odczuwaniu świata, tak liberałowie i prawicowi konserwatyści wzdychają równie głęboko –jak ten czas leci –zarówno prawdziwi Polacy jak i te farbowane lisy, słuchacze radia Maryja i radia Zet, wierzący i poganie. Z biegiem czasu wszystkim czas płynie jakby coraz szybciej. W dzieciństwie dzień zdawał się rokiem, a po latach rok mija w mgnieniu oka. Jak możliwe jest takie nadużycie w państwie prawa? Mam tu swoje amatorskie przemyślenia. To jak z drogą - jeśli jedzie się nią po raz pierwszy, niemożliwie się dłuży, gdy przebywamy się ją po raz wtóry, zdaje się krótka. Z biegiem lat, wszystkie drogi znamy na pamięć. To, że czas tak dłużył się w dzieciństwie i takim został nam w pamięci, stało się dzięki magii wyobraźni, wszystko wtedy było niezwykle i świeże: kolory, kształty, zapachy. Przyszłość, która zmienia się w przeszłość, z biegiem lat spopiela się, formując swój kopczyk o coraz wyższym lejku, na szeroko rozlanej i kolorowej bazie pamięci dzieciństwa, co pogłębia złudzenie, że poruszamy się coraz szybciej i coraz mniej zostawiamy za sobą, prawie nic. A więc mamy już rok 2010. Aż dreszcz idzie mi po plecach od tej daty. Jakbym widział oczy, co patrzą na nas z góry roku 2100. Mój mały synek będzie miał, wtedy lat 94. Jak śmiesznie znikome z perspektywy tego przyszłego czasu zdają się nasze dramaty? Nikt już wtedy nie będzie wiedział, że staniała kiedyś taka osobliwość jak bracia Kaczyńscy i był jakiś Tusk, spleceni w szalonym, pełnym nienawiści tańcu. To wszystko, co teraz gardłowe, będzie bez znaczenia. Największe zaskoczenia minionego roku, że Polska suchą nogą przeszła światowy kryzys, co miał być wielki, a okazał się średnio duży. Pesymiści dostali po nosie, więc marszczą nosy wieszcząc, że duże kłopoty jeszcze przed nami. Na pewno mają rację, zawsze mają rację ci, którzy zapowiadają kłopoty, lecz one pojawią się nie w tych miejscach, które wskazują. Spore też zdziwienie, że pod koniec roku ekipa rządowa i Tusk zaczęli tracić społeczne zaufanie, a Platformie jakoś nie spada. A na rzecz kogo ma spadać ? Jaki mamy wybór? Nie trzeba być geniuszem, by widzieć i czuć, że tłuste od nienawiści PiS i wychudła jak na chemioterapii SLD , to nie wybór, a pomór. Uparta czkawka Prawie bez echa przeszedł wywiad z Georgem Friedmanem w Newsweeku 52/2009, gdzie ów politolog wieści wielką przyszłość Polski, a nawet powrót do naszej dawnej mocarstwowości. Chętnie słuchamy jak ktoś nas chwali, ale gdy przesadza, zaczynamy się buntować - co on chrzani, chyba nie był nigdy w Polsce? Z tą mocarstwowością to Friedman przesadził. Gdyby wieścił, że będzie nieźle, a nawet dobrze, to byśmy mu pewnie przyklasnęli, no może z zastrzeżeniem–, jeśli sami czegoś nie sknocimy, a mamy do tego talent. Ten brak wiary w siebie, to już pierwsza przeszkoda w przyszłej naszej mocarstwowości. Friedman akurat o tej słabości wie i mówi, że to nasz wielki problem, ten brak w wiary w siebie. Ciemne widzenie jednak nam pomału topnieje, chociaż ten czarny lodowiec nadal ma wielką masę i bije od niego chłodem. Zgodzimy się chyba też z politologiem, że co było kiedyś przekleństwem Polski, nasze położenie w środku Europy, pomiędzy szerokimi biodrami Niemiec i Rosji, teraz może być atutem. Ale czy musi? On pewien, że tak, my, że to nie takie pewne. Naszą siłą na pewno jest przedsiębiorczość. Ale to też nie proste. Politolog chyba nie wie, ile w niej toksyn, nasza przebiegłość i talent do improwizacji zrodziły się z wielowiekowego kluczenia i kombinowania. Nasza przedsiębiorczość ma więc w sobie coś z partyzantki. Byliśmy partyzantami w czasie zaborów, ostatniej okupacji i żyjąc pod cegłą Polski Ludowej. To w partyzantce wykształciły się podstawowe nasze odruchy. Dzisiaj jesteśmy partyzantami wcielonymi do regularnej armii. Dlatego zanikają po drodze rozkazy, ciągle jakieś niesubordynacje i ten brak całościowej wizji działań Dotkliwie brakuje też dobrych dowódców, a jak się znajdą, to szybko ich deprecjonujemy. W naszym kraju, bowiem każdy czuje się generałem, dlatego źle tolerujemy konkurencję. Wiemy o sobie tyle intymnych różności, których Friedman patrząc na Polskę z lotu ptaka nie ma pojęcia. Za to on z góry dostrzega, czego nam nie dane zobaczyć. Mamy wielką szansę, pewnie największą w swej historii, by przezwyciężyć odwiecznie trapiące nas dramaty. Na razie robimy równie wiele by z tej szansy skorzystać, jak by ją utracić. To nie tylko ta nasza chorobliwa kłótliwość, a też dziesiątki innych wad i przywar głęboko zakorzenionych w tradycji, choćby autodestrukcja, niechlujstwo, też to umysłowe, pieniactwo, pijaństwo –ono jako efekt ukrytej depresji. I w końcu te wzdęcia godnościowe, różne niemożności, częściowe lub całkowite, przechodzenie od manii do depresji. I ten wielki, może nawet podstawowy problem z wyznaczaniem sobie wyraźnych reguł gry. To wszystko powtarza się uparcie jak czkawka. Zbierałem kiedyś opinie cudzoziemców przybywających do nas z Europy, od wieku 17 do dzisiaj. Uderza bliźniaczość tych obserwacji i zdziwień. W weku XXI ze zdumieniem odkrywamy, że to trwa nadal...Wystraszy popatrzeć na nasz parlament, jak uparcie czka w dawnym stylu. To nie jakieś fatum, to minie – trzy pokolenia muszą wymrzeć - mówi mój kolega z podwórka, pamiętam jak toczył się po klatce schodowej, gdzie teraz stoimy, taki słodki bobas, a już ma na twarzy sędziwe bruzdy, jakby spłynęły nią jesienne potoki. Jest wściekły na Polskę, skarży się: wszędzie mi tu mówią, że jestem za stary, do grobu won dziadzie, dlatego pracuję, cholera, jako taksówkarz!” Wcześniej coś robił w Niemczech, wzdycha:” jak tam cudownie, jak po ludzku, daleko nam do nich....” Myślę, gdyby to usłyszał jego ojciec, najpierw partyzant, co zabijaj Niemców, potem komunista, który zapijał własną duszę....- kilka pokoleń - mówię - to nie tak wiele - Ale go pocieszyłem! Minę ma nietęgą. Kiedy zna się wielu ludzi, czasami zwykły komunikat prasowy, dla innych suchy i mało znaczący, nabiera kolorów, a nawet intensywnie pachnie? Już kiedyś znęcałem się nad partyjnym, aparatczykiem pisowskim Jackiem Sobalą, wygląda to niską zemstę za to, że kilka lat temu gdy PiS panował w radiu dał mi program na żywo w jedynce, a potem w wielkiej panice go zabrał. Gdyby mi wtedy powiedział, boję się o moją karierę, że pan mi zaszkodzi - to bym mu wybaczył, ale mówił, że sobie nie radzę...Jestem krytyczny wobec siebie, byłem więc byłem skłonny nawet mu uwierzyć, nie rozumiałem tylko czemu Tomasz Sakiewicz, szef pisowskiej Gazety Polskiej, chociaż dukał i bredził na antenie, tak świetnie sobie radził. Oświecili mnie szybko ludzie radia, dla których Sobala był tylko kolejnym namiestnikiem karłowatego imperium. Moja radiowa kariera skończyła się więc gwałtownie po programie, do którego zaprosiłem terapeutę i psychiatrę, mówili o naszych politykach. O ich psychicznych odchyleniach. Nie wiem czy mieli na myśli braci K. , nazwisk nie było, ale ilekroć uderzali w stół, odzywały się nożyce, a one jak wiadomo mają dwa bliźniacze ostrza.... W gabinecie Sobali stał gęsty papierosowy dym, a on miotał się w jego oparach, miałem wrażenie, że zawsze jest w stanie przed zawałowym. Identyczni byli partyjni aparatczycy, którzy ganiali jak kot z pęcherzem po tym samym gabinecie w latach 70. I te roztrzęsione, zawsze spocone dłonie. Wredne liberalne media właśnie doniosły, że Jacek Sobala wrócił teraz do radia, by pacyfikować liberalną trojkę. Powodzenia. To, co zrobili politycy z publicznymi mediami, jest niebywałym łajdactwem. To próba dobrania się do świadomości i nieświadomości zbiorowej. Białe i czarne zaspy Dni wielkiego śniegu. Mają w sobie jeszcze młodość ci, którzy czują radość takiej zimy, mimo pewnych utrudnień. Wypychanie obcych samochodów z zasp i bycie wydobywanym przez nieznajomych. (Rada znajomej z Kanady - woź ze sobą dywanik, tu wszyscy wożą i podkładają pod buksujące koło. Okazało się to genialnie proste i skuteczne. Polecam!) Wzajemna pomoc ludzi sobie nieznajomych, nagły powrót solidarności i odkrycie, jaka to radość pomagać innym i przyjmować pomoc. Coś, czego brakauje nam coraz bardziej. Taką też rolę oczyszczającą z codziennego egotyzmu, zaczęła pełnić Wielka Orkiestra, czyli święto zbierania pieniędzy na zbożny cel, a cóż ważniejszego niż zdrowie naszych dzieci. Liberalny kościec tej akcji jest solą w oku dla naszej konserwy. Ale tak już ma nasza narodowa prawica - wiele gadania o chrześcijańskim miłosierdziu, a bierność i nienawiść górą. Przez wysoki śnieg wracam z filmu „Biała wstążka” Michaela Haneke. Smutno, że tak ważny artystycznie i moralnie przekaz, szybko schodzi z ekranów, a publiczności nie wiele. Ten czarno biały film przypomina, że świat będzie taki, jak wychowamy nasze dzieci, a dzieci chowane surowo, bite i upokarzane, mszczą się potem przez całe życie na innych. Upokarzanie zawsze jest pożywką dla przyszłej nienawiści. Kiedy zapalają się światła, a widzowie nadal siedzą jak skamieniali, otwiera się dramat naszych czasów- tu widziałbym drugą współczesną część filmu, już w kolorze, nawet w nieznośne licznych kolorach. Jak oto coraz bardziej powszechne dzisiaj wychowanie dzieci w miłości i w czułości, bez kar cielesnych, za to w nadmiarze przyzwolenia, też może tworzyć potwory. Miłość to bowiem złoty, miękki puch, trzeba mu jeszcze nadać formę. A dzisiaj formy i normy w rozpadzie. Spotkanie z grupą dawno nie widzianych, a bliskich znajomych. Jestem zaskoczony, a nawet strapiony ile w nich nienawiści do PiSu. Nareszcie rozumiem skąd taka niszcząca siła wojen domowych. Szczególnie kobiety płyną na falach emocji. Staram się tonować ich emocje, ja który czasmi nie panuję nad własnymi. Każda nienawiść jest zła. Też dlatego, że jak ogień nie wie, że jest ogniem, nienawiść gdy płonie, nie wie, że jest nienawiścią. U źródeł obcości wzajemnej jest poczucie, że należymy do innego stada. Ludzkie odmienności, jeśli nie ujęte w ramy organizacji, łatwo pomijamy traktując jako część kolorytu świata. Dopiero, kiedy różnice ujęte są w ramy organizacji, stajemy naprzeciw siebie we wrogich armiach. To odmienność zorganizowana, ze swoimi przywódcami, czyni że żyjemy nagle w innym lesie. PO, która też z braku wyboru, z lęku przed umysłową zatęchłością narodowej prawicy, stała się naszym stadem, ujawnia stopniowo brak klasy i bylejakość. Zasługuje więc na spadek w sondażach, ale Polska nie zasługuje by władzę znowu przejęło PiS. Spotkanie z Pawłem Śpiewakiem - po latach - kiedyś często się widywaliśmy, najpierw jako dzieci, najczęściej jednak, gdy już duzi chłopcy byliśmy razem w redakcji Res Publiki. Porządkując teraz bibliotekę rodziców, wśród setek książek z dedykacjami, najwięcej widzę tomów wierszy od Anny Kamieńskiej i Jana Śpiewaka, rodziców Pawła. Nagle uświadamiam sobie, że obaj padliśmy ofiarą nietypowego zjawiska - jesteśmy zrodzeni z obojga poetów. Jak nam udało się ocalić głowy z takiej opresji? Nie pamiętam ile mamy lat, ale nie tak wiele, idziemy z ojcem Pawła na Chojnik, zamek stojący na górze, która wtedy zdawała nam się wysoka. Kwitnie wiosna, nagle prześwit w drzewach odsłania krajobraz - jak pięknie! –wołam - A wtedy stary Śpiewak ( stary, a zmarł wiele lat potem, młodszy od nas dzisiejszych!)- zwrócił się do syna - popatrz Pawełku jaki Tomek wrażliwy na piękno... Był w tym ton żalu, że syn się nie zachwyca. Musiałem poczuć coś w rodzaju dumy, skoro tak dobrze pamiętam zapach tej sceny. Z tego wszystkiego zostałem poetą i felietonistą, a on intelektualistą. Jeszcze kiedy Paweł był w PO i w sejmie, dawał mi znaki, że bardzo jest zaniepokojony brakiem ludzi, idei, klasy w swej partii. Jest Tusk, niezwykły mimo swych wad, Komorowski przyciężki, ale szlachetny i jakaś mała piąstka polityków, a dalej to dzikie pola... już prawie nie różnią się od plebsu pisowskiego. Odejście Pawła z PO stało się małą sensacją – sam był pewien, że zostanie skazany na milczenie – a stał się bohaterem mediów, jako ten, kto swoje zobaczył, a teraz może śmiało mówić prawdę. A myśli i mówi świetnie. W liberalnym środowisku stracił jednak kilku znajomych, obwiniano go, że podsunął braciom, K. ideę IV Rzeczpospolitej. I że bywał zbyt łagodny wobec PiSu, gdy wobec PO za surowy. Ja też miałem o to do niego żal. Teraz wiem, że był oszołomiony słabościami Platformy, pewnie dlatego nie dośc ostro chciał widzieć, że PiS budzi głębinowe polskie lęki i fobie. I że to grzech śmiertelny. Połączyło się to z przekonaniem o konieczności radykalnych zmian w Polsce, która zastygła we własnym błocie. Stąd marzenie o jakiejś małej rewolucji moralnej. Najmądrzejsi ludzie zawsze błądzili, gdy marzyły się im ruchy gwałtowne. Są miejsca z których wychodzi jakoś wzbogaconym, ale też uboższym o złudzenia. Jak bez nich żyć? Okulary i ordery Dawnych znajomych spotykam już zwykle tylko na pogrzebach lub na peronach dworców, te perony też mają w sobie coś cmentarnego. W pierwszej chwili, bez pamięci do twarzy, nie wiem kto mnie zaczepia, ale obraz po chwili się wyostrza. To ona, on? - Nie do wiary! - a ona lub on zapewne to samo myślą o mnie. Udajemy, że nie dziwimy się zmianom jakie w nas zaszły. Trwa jednak wzajemne identyfikowanie szkód, jakie wyrządził nam upływ czasu. J. uparł się, by żyć z pisania. Więc klepię biedę, wydawcy mówią - ma pan niemedialne nazwisko - Wszystko dzisiaj dzieli się na medialne i nie medialne - Miałem zawał w czerwcu- mówi – wyciągnęli mnie jak widzisz - a serce zawaliło się ze stresu i z walki o przetrwanie. Każdy z nas jest przed lub po zawale, przed lub po chemioterapii, tak się porobiło. Nagle uświadamiam sobie, że znajomych mogę już dzielić wedle chorób: sercowi, rakowaci – tu wiele podgrup, uwyraźnia się grupa jelitowa, zawstydzona i poniżona, to ci, którym zaszyto odbyty. Jak tak dalej pójdzie, stanie się to modne. Jadę do Krakowa na polsko-szwedzkie spotkanie. Kilka miesięcy temu było polsko-rosyjskie, w Pałacu Staszica. Przybyli znani ekonomiści rosyjscy, dawny doradca Jelcyna, intelektualiści z obu stron. Mówiłem o paradoksie bliskości Rosji, a zarazem jej obcości, takie pogmatwane pokrewieństwo. To, co bliskie nas przyciąga, nawet rozczula, ale też niepokoi. A bardzo złości, gdy w świecie mylą nas z Rosjanami. Chcemy być inni. I jesteśmy inni. Mówiłem o fascynacji językiem rosyjskim, którego nie znosiłem, a zmuszano nas w szkole do nauki. Teraz czuję jego serdeczne i miękkie piękno. I jak rosyjski wzbogaca polski, podnieca podbrzusze i podniebienie naszego języka. Zamieranie dzisiaj znajomości rosyjskiego ma więc negatywne konsekwencje dla kubków smakowych naszej mowy. Przeszłość nas przede wszystkim dzieli i boli. Połączy nas zapewne przyszłość. Jej istota mowić będzie po chińsku. Rosjanie nadal boją się Zachodu, nie ufają, rywalizują z nim, a to przecież Chiny są dla nich gigantycznym zagrożeniem. Nie widzą tego jak belki we własnym oku. I to zapewne Chiny zmuszą Rosję, by w końcu stała się częścią Europy. A więc naszym sojusznikiem, nie wrogiem. Polsko-szwedzkie spotkanie w Krakowie organizują studenci. Szwecja przestała już być krajem mitycznym, zbyt łatwo tam dojechać. Nadal jednak porusza, jak daleko i jak blisko nam do nich. Szwedzi to kolektywiści, a my indywidualiści. Nie przypadkiem śpiewa tam najwięcej chórów na świecie. Na bazie poczucia wspólnoty zbudowali silne i sprawne państwo. Nasze społeczeństwo walczyło z państwem, najpierw własnym, szlachta bała się, by nie było za mocne, potem państwo było wrogie i obce. Szwecja jest przykładem jak można zbudować silne, sprawne socjaldemokratyczne państwo nie gwałcąc demokracji. Tylko skąd wziąć w Polakach szwedzką dyscyplinę, umiejętność kompromisu, zaufanie do instytucji. Szwedzi jednego dnia z inicjatywy państwa przeszli kiedyś na „ ty”. A w roku 50 zakazali bić dzieci, wcześniej bardzo bili, co pamiętamy z filmów Bergmana, Tak przestraszono rodziców, że przestali. Alkoholizm był dramatem, jak u nas nadal jest. Poradzili sobie z tym, wprowadzając częściową i mądrą prohibicję. Państwo nam kuleje, a my razem z nim, ale gdy posłucha się tych, którzy chcą je radykalnie wzmocnić, to strach. Triumfalne wyjście na wolność zamachowca, flesze, tłumy dziennikarzy. Licytowanie ile zarobi za wywiady, za książkę- cóż bardziej obnaża katastrofę moralną naszej komercyjnej cywilizacji. Próba zabicia papieża tak się już spatynowała, że nabrała szczególnej wartości. To tylko produkt. Kiedy ktoś złorzeczy, jak teraz ja, że to obrzydliwe, owe złorzeczenie również napędza komercyjny aspekt sprawy. Nie ważne już, co się o tym mówi, ważne, że się mówi. Wygląda na to, że jeśli w ramach wyroku za takie czyny nie będzie kary dożywotniego milczenia, im większa zbrodnia, tym większy potem będzie zysk zbrodniarza. Wśród rzeczy po mym ojcu, najbardziej mnie poruszają okulary i ordery. Dostał tych odznaczeń wiele, nawet sztandar pracy pierwszej klasy za biografię Mickiewcza. Bardzo wstydził się tych orderów, chociaż otrzymał je jako pisarz. Czasami, gdy sobie popił i był w bardzo dobrym humorze, przypinał wszystkie do piersi i defilował po mieszkaniu jak na defiladzie. Na śmiech. Teraz odznaczania leżą w zakurzonych czerwonych trumienkach, wyblakłe, tylko błysk w metalowym oku ciągle żywy. Oto dowód jak znikome jest ludzkie życie, jak daremne i żałosne próby, by dorobek człowieka jakoś uhonorować i zatrzymać w blaszce ze wstążką. Mój dziadek, zawodowy oficer, miał też wiele odznaczeń, między innymi vitrtutti, zginął w obronie Warszawy w roku 39. Kiedy babcia wróciła do warszawskiego domu, o jego śmierci dowiedziała się od sąsiada, wojskowego kretyna, co jej taktownie oświadczył; „to pani nie wie, że on w piachu?” Gdy weszła do mieszkania, było ograbione, ordery zniknęły. Bohaterstwo bywa poniżane przez tych, dla których poświęcamy życie, częściej niż nam się zdaje. A okulary po zmarłych ciągle patrzą niewidzącymi oczami. Wszystkie w grubych niemodnych dzisiaj oprawach. Składam i rozkładam im ramiona, spoglądam przez szkła, by ze zgrozą widzieć, że dobrze przez nie widzę. Tak oto nagle dorastamy do okularów bliskich zmarłych. Klasa i jej brak Spotkanie z dziećmi w szkole podstawowej. Już po pierwszych słowach robię z siebie głupka, nie wiedząc, że tak wiele już wiedzą. To taki szczególny wiek, przejściowy. Dziecięca spontaniczność, radość życia, energia i ciekawość, jeszcze nie przytłumiane są wysiłkiem wychowawczym szkoły, ciężarem obyczajów i grozą dojrzewania. Czerpią na razie co najlepsze z obu światów, dzieci i dorosłych . Robi wrażenie ich potencjał. I smutna myśl, że zapewne znowu coś im przeszkodzi rozwinąć skrzydła. Z poruszeniem patrzę jak tworzy się nowa postać dziewczynki, nie przypadkiem wszystkie w spodniach i na luzie, tak kształtuje się kobieta nowej epoki. Ta nowa formacja wkrótce uzyska druzgocącą przewagę nad męskim stanem rzeczy. Pytam, kto pisze pamiętnik? Z miłym zdziwieniem odkrywam, że niemal wszystkie, z chłopców tylko jeden. Widząc moje zdziwienie śmieją się: „ zapomniał pan, że jesteśmy elitą szkoły.” Ta skłonność do podziału na lepszych i gorszych, może budzić pewien niepokój. Dwunastolatek dziwi się, że to ja jestem na ostatniej stronie Newsweeka- czytuję pana co tydzień nie wiedząc, że to pan - a czyta pan Focusa?-pyta. Zawiedziony, że nie. Kiedy wchodzimy na teren polityki, uśmiechają się ironicznie i z politowaniem – no tak, wielu naszych polityków czegoś dziwnych – mówię, trochę speszony. Wielu? – krzywią się – wszyscy! Nie chcą się ze mną rozstać. Nareszcie ktoś ich traktuje poważnie. Mam poczucie, że odtrącam te dzieci i że je zostawiam. Wszyscy jakoś je zostawiamy i więdną im skrzydła. W odruchu, pewnie samobójczym, daję adres e- mailowy. Zamaszyście wyjmują komórki i zapisują, sprawność z jaką to robią, pokazuje jak bardzo są w nich zadomowieni. Na tenisie, najpierw poczucie, że z trudem wożę własny ciężar na taczkach, potem następuje przełom i fruwam. Jedno i drugie jest grubą przesadą. Gdzie tu prawda? Lepiej nie dociekać i cieszyć się chwilą. Piłki które uciekają nam z rakiety i uderzają w balon, prowokują śnieżne lawiny, po tamtej strony gdzie sroży się zima. Śnieg sunie ze złowrogim szumem. Mówię partnerowi, malarzowi, artyście wybitnie depresyjnemu, że lubię taki mróz. Tworzy kontrast z wiosną, a smak życia to kontrasty. On jak zwykle skupiony na ciemnych stronach rzeczywistości, skarży się, że taka zima go zniewala. - Czy zniewolenie nie konieczne, by wziąć z ograniczeń tyle wolności ile się da? Wywalczona wolność to esencja, ona najcenniejsza- mówię. Zrezygnowany mówi: - wybacz, ja nie potrafię – I wygrywa ze mną seta. Coś okropnego Chwila refleksji po filmie Avator” Camerona....Pogłębia się niewiara ludzi w ludzi, a ludzkości w ludzkość. Coraz łatwiej nam się utożsamić się z jakimiś nie ludźmi, którzy walczą z ludźmi. Przede wszystkim dlatego, że te stwory nieludzkie mają wiecej niż my cech, które uważamy za piękne w człowieku. A postawa zwątpienia w siebie, wydaje się dzisiaj głęboko uzasadniona. Jestem po wrażeniem technicznej strony filmu, paprocie w magicznym tropikalnym lesie muskały mi policzki, ale też pod wrażeniem, naiwności tego obrazu i tych wszystkich irytujących stereotypów, z których jednak przebija jakaś mądrość i nauka, z ktorej oczywiście nie skorzystamy. Człowiek ma w sobie tak wiele autodestrukcji, doświadczamy tego na odzień choćby we własnym komputerze, atakowanym przez wirusy pro dukane przez nas samych. I dzisiaj oto po raz pierwszy w historii posiedliśmy narzędzia, by zniszczyć całą planetę. Nie ma wątpliwości, że skorzystamy z tej okazji, jeżeli sami sobie nie przeszkodzimy Z drugiej strony akcja świata by pomóc ofiarom trzęsienia ziemi na Haiti, jest znakiem nadziei. Kiedyś taka misja była nie do pomyślenia technicznie, ale też jako idea, po co pomagać dzieciom niewolników? „Komisja hazardowa” jawi się jako teatr, gdzie aktorzy odgrywają wyuczone wcześniej role. Jest urzędnik ze sztuki Gogola, prokurator z „Procesu” Kafki, pani Dulska, a nawet Nikodem Dyzma. W sumie okropnie jednak to zawikłane i nudne. PiS już od dawna zupełnie nagie, a Platforma stopniowo ujawnia braki. ( Tym wyraźniej na tym tle widać klasę Tuska - mądra i odważna jego decyzja by nie kandydować) A te braki chyba nawet gorsze, niż gdyby okazało się, że była jakaś afera. Mam wrażenie, może mylne, że nie było, tylko Chlebowski pieścił swoich szemranych znajomych obiecując im złote góry, to zwykle nic nie kosztuje, no chyba że jest się podsłuchiwanym. . Kto z nas na odczepnego czasami nie mówi - no załatwię - chociaż ani nam w głowie. A jak było, pewnie nigdy się nie dowiemy. Upieram się, że to jakoś drugorzędne Pierwszorzędny ten styl, układy znajomości, powiązani i, taki brak klasy. To polska choroba. I naszą chorobą jest ta pełna nienawiści wojna domowa, która trwa między partiami. Nasz zasypany śniegiem ogród, do tej pory taki gładki, został w nocy przekreślony podejrzanymi śladami. Biegły od ogrodzenia, w poprzek ogrodu. Złodziej? Mój synek pewien, że to ślady tusia albo nawet chonia (czyli, strusia lub słonia). Oba te zwierzaki od jakiegoś czasu nawiedzają nasz dom i nawet, co za bezczelność, zaczęły wyjadać ptasie mleczka z szafki. Ubrani jak na Antarktydę idziemy zbadać te ślady. Z bliska widzę, że on był jednak bliższy prawdy - to zapewne sarna. Mój synek z kolei teraz upiera się, że to lew. I na wszelki wypadek bierze mnie od razu za rękę. Wrogie przejęcia Osobliwe uczucie, kiedy nagle trafia się na nekrolog kogoś bliskiego. Coś jakby drgnęło w stanie wszystkich rzeczy. Otwiera się szczelina, z której ciągnie mrozem i zaraz na powrót się zasklepia. A w tym miejscu jest potem blizna. Ciche zniknięcie Mariana Grześczaka, poety. Gdy kończyłem studia, ściągnął mnie do redakcji „Tygodnika Kulturalnego”. A to zmieniło moje życie. Są ludzie, którzy jakoś szczególnie wpłynęli na nasze losy, o czym wiemy. Nie wiemy nic o liściu, który spadając muska włosy i każe wybrać inną drogę, co też radykalnie odmienia nasz los. W tym tygodniku nauczyłem się dziennikarskiego rzemiosła, a też jak wygląda Polska przygnieciona cegłą komunizmu. Oglądając teksty znaczone czerwonym długopisem cenzorów, czułem dreszcz na plecach, jakbym dotykał dłoni diabla. Czy pisałbym dzisiaj ten felieton, gdyby nie trafił do tego tygodnika? Czy miałbym determinację, by potem działać w opozycji? Mechanizm kłamstwa i obłędu widziany od środka sprawił, że moja niechęć do systemu zakrzepła na amen. I musiałem się zbuntować, by nie zwariować. Dziękuję Marian. Mój synek uzyskał już ostateczną pewność, że jest chłopcem, I że świat dzieli się na męski i żeński. Stałem się dla niego nagle kimś szczególnie ważnym - wzorem męskości. Jak podołać takiej misji? Gdybyśmy jednak do końca zdawali sobie sprawę, jak trudna to rola, jak mylnie bywają odczytane przez dziecko nasze dobre intencje, jak często te intencje kryją nasze słabości, to ciągła czujność zamieniłaby nas w chodzące znaki zapytania. I to by dopiero zaszkodziło dzieciom. Często, co zdaje się być dobrodziejstwem, po latach okazuje się przekleństwem, tak w życiu prywatnym jak i społecznym. Media donoszą triumfalnie - ale z naganą, że tak późno szykowany jest rządowy projekt masowej budowy żłobków w Polsce. Musimy nadgonić Zachód, tu też jesteśmy w tyle. Tam od dawna powszechnie żłobkuje się dzieci, kiedy u nas żłobkowanych jest jedynie 2 % maluchów. Ile dzieci zostanie w ten sposób okaleczonych? Przepraszam tych rodziców, co muszą. Ale tu akurat nie wolno, przez grzeczność, nie mówić prawdy. Ale też rozumiem, że państwo powinno mnożyć wolność wyboru i różne formy publicznej opieki nad małym dzieckiem. Może wyjściem z tego błędnego koła byłaby wiedza, że dotykamy tego, co najbardziej delikatne, cenne i zrazem niepewne. I potem nie do naprawienia. Wcielany jest też plan posłania dzieci do szkoły, już od piątego roku życia. Że Zachód dawno posłał? Szkoły tam jednak inne. I oni też popełniają się błędy. „Zimny wychów” przybył do nas przecież stamtąd, przeoczono, że w Prusach wychowywanie bez czułości stworzyło hitleryzm. Były czasy, kiedy dzieci nie miały prawie dzieciństwa. Dobrodziejstwem naszej cywilizacji jest znaczne wydłużenie tego, co w życiu „sielskie i anielskie”. Czy wracamy do mrocznych źródeł? Mój synek ma zaszczyt należeć do pierwszego pokolenia, które już w wieku pięciu lat wkroczy w szkolne mury. Jest czym się niepokoić. Jak pogodzić konieczność pracy obojga rodziców, ambicje zawodowe kobiet, wymogi nowoczesnego państwa, które już niemowlęta chce trenować na supefachowców, ze szczęściem dziecka? Film o generale Jaruzelskim w pierwszym programie TV, tuż po Wiadomościach. A więc wielkie wydarzenie. Już wiem, czemu jestem wrogiem polityki historycznej . Skazuje na jednostronność. A poza tym, ani mi w głowie bronić generała. Uważam, że jednak pod koniec swojej politycznej kariery działał w interesie Polski. A stan wojenny, którego nie usprawiedliwiam, przeprowadzono w rękawiczkach, tak były szorstkie, ale nie jestem na cmentarzu i mogę pisać te słowa. Nie potrafię być nawet mu za to wdzięczny - porządny człowiek nigdy nie znajdzie się w takim miejscu i czasie, w jakim on się znalazł. Nie bronię więc generała, a zdrowego rozsądku i dokumentu filmowego jako sztuki, która odwołuje się do psychologii. Ten film to była amatorska nędza. Nasze media nie dosyć, że cierpią na choroby współczesnej cywilizacji, są skazane by brać udział w wojnie domowej między PiSem, a PO. Przejęcia przez PiS programow radiowych, czy nawet całej publicznej telewizji, nie odbywa się ot tak po prostu. Wszystko dzisiaj pod czujnym okiem opinii publicznej. Ale mijają tygodnie i widać, że to jednak podbój, jedynie z próbą kamuflażu i zachowania pozorów. Przejęcia odbywają się pod szyldem przywracania zachwianych proporcji. Że do tej pory pokazywana była tylko liberalna wizja świata. A jest też ta konserwatywna. Jedynie słuszna, ale w czasach smuty trzeba dać też głos diabłu. W tym środowisku jest jakaś fiksacja seksualna, dlatego sprawy obyczajowe tak ogromnie ważne. Kalendarzyk małżeński powinien po bożemu dominować w polskiej rodzinie, a nie pigułka. Nie da się jednak wycofać jej z aptek, więc należy pokryć ją kalendarzykiem. I tak jest ze wszystkim. W tym argumencie wielogłosu jest pozór przywracania sprawiedliwości, która każe prezentować rozmaite poglądy. W efekcie w publicznych mediach daje się często głos paranoikom. Jest wielki fałsz w takiej sprawiedliwości. Ona zakłada, że niechęć, nienawiść, uprzedzenia, fobie i głupota, tak samo są wartościowe, jak cechy im przeciwstawne. Dojrzali niedojrzali To niesłychane, jak rozkrzewiły nam się media, a ich sensacyjna i żarłoczna natura poczyna zmieniać nasze zachowania. Każdy już wie, że jak zdarzy się tragedia, a one poczują krew, to od razu przybiegną z pyskami kamer. Ale też wiemy, że czyjaś tragedia może być naszą kompromitacją, jeśli jej nie zapobiegniemy. Sensacyjność bywa niszcząca, zmienia istotę rzeczy, nawet tych rzeczy, które z natury sensacyjne nie są, ale pełni też rolę czujnego strażnika. Dziewczyna z liceum opisuje mi swoją „martyrologię.” Koleżanki z klasy prześladowały ją. Nie wyklucza jednak, że tak tylko jej się zdawało. Gdy wieści doszły do wychowawczyni, zrobiła się afera. Kiedy z powodu przeziębienia uczennica opuściła dzień w szkole, wzbudziło to wielki niepokój. Cytuję list: „ Przerażona wychowawczyni zrobiła w klasie ankietę, anonimową "Czy Partycja jest prześladowana w klasie?" A przy okazji powiedziała... - Nie bądźcie tacy niedobrzy, ona się przez was zabije. Wezmą mnie wtedy do telewizji. I co ja powiem, pomyślcie też o mnie, na litość Boską! Ale na szczęście robię tą ankietę! To jak mnie wezmą do tej telewizji, będę przynajmniej miała jakąś podkładkę, że próbowałam zapobiec! " Przy okazji dowiaduję się, jak młodzi walczą z ciałem pedagogicznym o kolczyki - w nosie, w uchu i strach powiedzieć gdzie. My walczyliśmy z tarczami na ramieniu, co tu porównywać, kto ma więcej swobody. Uderza, jak z jednej strony są dojrzali, nawet zepsuci, gdy z drugiej niedojrzali i dziecinni. Nie obce im już tajniki seksu oralnego, o czym ze smakiem i niesmakiem opowiadają, ale lizak równie im przystoi. Co z nich wyrośnie? Na pewno kolejne pokolenie, które jak się nieco zestarzeje, to zacznie narzekać na młodych, że wypłukani z wartości. Już po czasie coraz wyraźniej widać, że ci, co liczyli na kompromitację Tuska przed komisją, załatwili mu wielki show w telewizji, gdzie przez 14 godzin zdawał egzamin na premiera. I zdał, celująco. Świetna pamięć, orientacja, aktorskie talenty, odporność na chamstwo i pewność siebie. Mogę być nieobiektywny, czytaliśmy te same książki, podobnie odczuwamy świat. Kiedy Beata Kempa, czy prokurator Wasserman, zdają się mi przybyszami z innej planety. Kempa oświadcza: „nie rozumiem pana, nic dziwnego, jesteśmy z innej formacji politycznej.” Ależ tak, nie tylko politycznej, przede wszystkim z odmiennej umysłowej. Musimy jednak żyć w jednym domu, najlepiej jednak w odległych pokojach. Mój znajomy, znany i szanowany psycholog, mówi: „wiesz, jak posłucham tej kobiety, to od razu przestaję być zwolennikiem parytetu. Kilka takich politycznych przekupek w życiu publicznym i emigruję.” Na filmie „Dom zły” Smarzowskiego, chociaż kolega, wytrawny znawca kina, odradzał mi, „same okropieństwa, tego nie da się tego wytrzymać.” I dodał:„a całe to gadanie o znakach odrodzenia polskiego kina, to chyba zmowa krytyków.” A jednak poszedłem. Całe szczęście. Już duże wrażenie zrobiło na mnie „Wesele” tego reżysera. A to kontynuacja tego tematu. Polskie fatum ma przekrwione i pijane oczy. Kolejna próba pokazania, jakie formy przybiera gnicie polskiej duszy. A gnić zaczęła przed wiekami, Polska Ludowa pogłębiła te procesy gnilne, zaś lata 80. doprowadziły do katastrofy. I wtedy nastąpiła Wielka Zmiana. Weszliśmy jednak w nią w strasznym stanie. Dzisiaj na szczęścieco gniło, pomału zmienia się w blizny. Młodzi dziwią się, skąd ich tak wiele. Wzruszyło mnie, że reżysera potem pytano, czy aktorzy na planie byli trzeźwi, tak przekonująco grali pijanych. Sam po projekcji szedłem na miękkich nogach, trzymając się ściany. Ale polski aktor jest tu mistrzem, nikt tak nie zagra na trzeźwo stanu upojenia, sam pije, miał ojca alkoholika, lub ma bliskich, co uzależnieni. Z polskim aktorem może tu rywalizować jedynie rosyjski. Mamy to we krwi i w duszy, niestety. Dość już powstało filmów o szarżach kawaleryjskich, o powstaniach, czas najwyższy pokazać drugie nasze skrzydło, garbate. A nie da się Polski pojąć bez obu. Wertując stare książki, w notatkach Jerzego Zawieyskiego spotykam nie znany mi cytat z pism Churchilla, który pisze o wadach polskich, nic nowego, ale to kolejne potwierdzenie: "Historia Europy ma swoją tragiczną tajemnicę, właśnie Polaków, którzy indywidualnie są zdolni do heroizmu i posiadają cnoty waleczności i wdzięku, a którzy wykazują w swoim życiu państwowym niedostatki nieuleczalne. Wspaniali w rewolcie i w czasie klęski, stają się nikczemni i nędzni w chwili zwycięstwa. Odważni z odważnych są częstokroć kierowani przez podłych pomiędzy najpodlejszymi. Ciężko mówić o arogancji i błędach ich polityki, o straszliwych rzeziach i nieszczęściach, na które zostali skazani przez wariactwa swej polityki." Czytam też refleksje polskie Tadeusza Kościuszki, im bliżej go poznaję, tym bardziej go lubię jako człowieka. Podobnie jak Churchill, mówi o naszych zrywach i chorobliwym braku wytrwałości. Diagnoza jest warta uwagi: „Polakom dlatego brakuje na stałości umysłu w przeciwnościach, że mało myśleli, mało się zastanawiali nad obrotami losów i czynności ludzkich”. Dzisiaj nadal uparcie brakuje nam refleksji nad światem, który stanął wobec globalnych i niebywałych wyzwań, a my jak zwykle pochłonięci domowymi waśniami. Musimy wreszcie pojąć, że skończył się czas, kiedy ciągle czegoś żądamy - my już wolni i nie tak biedni - czas też coś dać światu. Grudniowe bąki Chociaż to grudzień, motyl w kolorowym kostiumie kąpielowym unosi się na niebieskich falach, a spocony bąk odziany w czarne futro chowa się przed upałem w kielichu żółtej forsycji... Czuję się jak korek, który wyskoczył z butelki szampana - nagle wolny. Los rzucił mnie na tą rajską wyspę w towarzystwie licznych kobiet. Jak na nie patrzę, nie mam wątpliwości, że Polska już nigdy nie będzie taka, jaka była, czasami na złe, ale przede wszystkim na dobre. Od kiedy odkryłem, że kraje mają płeć, pewien byłem, że Polska jest kobietą, teraz widzę, że raczej facetem po przejściach, z problemem alkoholowym, za którym kryje się depresja. Ale już widać, że Polki zaczynają przejmować nasz kraj od niewydarzonych facetów, to potrwa, ale jest nieuchronne. Podglądam teraz jak dziewczyny znakomicie bawią się we własnym towarzystwie, jak szczerze i wybuchowo się śmieją, tulą się do siebie i dotykają, jakby nigdy nic. I w końcu, ile w tym spontaniczności, jak wiele duchowej wymiany. Faceci już nie są im potrzebni, no może tylko czasami. Aby nie wyjść na naiwniaka, w pośpiechu uzupełniam; wiem, że w tej serdecznej niewieściej bliskości kryje się zawsze kilka żmij, ale to już inna opowieść, zanurzona w historii tysięcy lat. Próbuję sobie wyobrazić takie samo grono, już czysto męskie... Wyobraźnia mi jednak zgrzyta....Otworzyliby pewnie telewizor szukając jakiegoś meczu, potem upiliby się i zaczęli śpiewać „góralu...” Dziewczyny też intonują ów polski pijacki hymn narowy, ale to bardziej cytat i kpina z męskiej bezradności...... Po tym wstępie ośmielam się w końcu przyznać, że nie jestem jednak przekonany co do parytetu płciowego, o czym w Polsce się dyskutuje. Do tej pory na mej zawodowej drodze kobiety na kierowniczych stanowiskach, to zwykle był jakiś koszmar. A nasze posłanki, polityczki? Wystarczy popatrzeć: z jednej strony kostyczna Julia Pitera, z drugiej rozkuchcona Beata Kępa, gdy środkiem kroczy Renata Begger z tasakiem w ręku. Jakby te „kierownicze” kobiety łączyły w sobie karykaturalne samcze wady, wzburzone przez hormonalne burze. Ale rozumiem - kobiety muszą przebijać się przez mur patriarchalny, więc te, którym udaje się przebić, musza być bardziej męskie od mężczyzn... Podobnie jak Piłsudski, czy Giedroyc, też jestem przekonany, że co najlepsze w ułomnej Polsce, to kobiety właśnie. Mężczyźni zostali przemieleni przez historię, porażeni przez naznaczone dramatami historii matki. A co dzisiaj daje taką przewagę kobietom, to empatia, elastyczność i czułość, cechy, które tak urosły, gdy naga siła przestała być ważna. Nie trzeba im więc pomagać radykalnie, skoro prędzej czy później same dadzą sobie radę. Rewolucje skompromitowały się, wspierajmy ewolucję. Inna sprawa, że u nas tyle rożnych patriarchalnych głupot i nieporadności, że aż prosi się, by wsadzić kij w to męskie mrowisko, zamieszać i popatrzeć, co z tego wyniknie. Los rzucił mnie więc na wyspę, tą sama, na której byłem kilka miesięcy temu. Co za pech? Dziewiczość miejsca daje jednak dreszcz tajemnicy, którego teraz nie ma. Chociaż wszędzie szopki świąteczne z prawdziwymi palmami- pierwsza odruchowa myśl - jak to bez śniegu, a przecież właśnie tak bardziej po bożemu i bliżej prawdy.... Pięć gwiazdek hotelu kapie luksusem i wielkim żarciem...To nieumiarkowanie przynosi nam wszystkim wstyd. Ale mnożenie rzeczy i nowych przyjemności, to przecież cel naczelny naszej cywilizacji. Rozbawiacz hotelowy z pęczkiem kijów pod pachą pyta, czy mam ochotę brać udział w walkach na kije. Samczy instynkt szepce, że głupio odmawiać, więc mówię, że uwielbiam walić się kijami, ale przed chwilą przyleciałem, może jutro. Dziewczyna z płonącym czubem czerwonych włosów proponuje aerobik w basenie, a chłopak cały w hakach i linach, wspinaczkę na pobliskiej ścianie. Na razie dziękuje. Wśród animatorów spotykam kobietę z Polski. Jest z emigracyjnej fali, która w latach 80. wypłynęła na zachód legalnie, na niemieckich papierach. Mieszka na wyspie od ośmiu lat. Właściciel firmy, która pożycza mi samochód, to też rodak....Jesteśmy więc jak ten pył gwiezdny rozproszy w kosmosie świata. Skarżą się na monotonnie, tak zawsze jest z rajem. Marzą o kilkudniowym deszczu, który bębni o blaszany parapet, o mrozie, który szczypie w policzki... Oto kolejny dowód, że kontrasty są potrzebne, by czuć smak życia. Stojąc na wysokości 4 tysięcy metrów, obok dymiącej wargi wulkanu, patrzę na bezmiar oceanu. I gdzieś tam daleko na ojczystym brzegu, widać jak chmurzy się nowy wielki moralny problem, Czy generał w grudniu pamiętnego roku 80 prosił sowietów o pomoc, czy chciał tylko sam? Aż tak u nas dobrze, że nie mamy innych zmartwień? Już tamtej mroźnej nocy, wyrzucony, jak się potem okaże, na rok z orbity rodzinnego domu, a z normalnego życia na lat osiem, byłem pewien, że generał nie posiada dobrych usprawiedliwień i nie będzie ich miał. Uczciwy człowiek nie ma prawa znaleźć się w takim czasie i w takim miejscu jako namiestnik imperium. Czas jednak pokazał, że nie był to Pinochet.. i ważne jak zakończył to w roku 89. Gimnastyka moralna na historycznych, żywych przykładach, bywa pożyteczna, a nawet jest niezbędna dla spoleczenego zdrowia, ale teraz to wszystko śmierdzi doraźną polityką. A znęcanie się nad starcem, to przywilej durniów i ludzi słabych.

  
                                                     Grudniowe bąki

    Chociaż to grudzień, motyl w kolorowym kostiumie kąpielowym unosi się na niebieskich falach, a spocony bąk odziany w czarne futro chowa się przed upałem w kielichu żółtej forsycji... Czuję się jak korek, który wyskoczył z butelki szampana - nagle wolny. Los rzucił mnie na tą rajską wyspę w towarzystwie licznych kobiet. Jak na nie patrzę, nie mam wątpliwości, że Polska już nigdy nie będzie taka, jaka była, czasami na złe, ale przede wszystkim na dobre.
  Od kiedy odkryłem, że kraje mają płeć, pewien byłem, że Polska jest kobietą, teraz widzę, że raczej facetem po przejściach, z problemem alkoholowym, za którym kryje się depresja. Ale już widać, że Polki zaczynają przejmować nasz kraj od niewydarzonych facetów, to potrwa, ale jest nieuchronne. Podglądam teraz jak dziewczyny znakomicie bawią się we własnym towarzystwie, jak szczerze i wybuchowo się śmieją, tulą się do siebie i dotykają, jakby nigdy nic. I w końcu, ile w tym spontaniczności, jak wiele duchowej wymiany. Faceci już nie są im potrzebni, no może tylko czasami.
  Aby nie wyjść na naiwniaka, w pośpiechu uzupełniam; wiem, że w tej serdecznej niewieściej bliskości kryje się zawsze kilka żmij, ale to już inna opowieść, zanurzona w historii tysięcy lat. Próbuję sobie wyobrazić takie samo grono, już czysto męskie... Wyobraźnia mi jednak zgrzyta....Otworzyliby pewnie telewizor szukając jakiegoś meczu, potem upiliby się i zaczęli śpiewać „góralu...” Dziewczyny też intonują ów polski pijacki hymn narowy, ale to bardziej cytat i kpina z męskiej bezradności......
   Po tym wstępie ośmielam się w końcu przyznać, że nie jestem jednak przekonany co do parytetu płciowego, o czym w Polsce się dyskutuje. Do tej pory na mej zawodowej drodze kobiety na kierowniczych stanowiskach, to zwykle był jakiś koszmar. A nasze posłanki, polityczki? Wystarczy popatrzeć: z jednej strony kostyczna Julia Pitera, z drugiej rozkuchcona Beata Kępa, gdy środkiem kroczy Renata Begger z tasakiem w ręku. Jakby te „kierownicze” kobiety łączyły w sobie karykaturalne samcze wady, wzburzone przez hormonalne burze. Ale rozumiem - kobiety muszą przebijać się przez mur patriarchalny, więc te, którym udaje się przebić, musza być bardziej męskie od mężczyzn...
  Podobnie jak Piłsudski, czy Giedroyc, też jestem przekonany, że co najlepsze w ułomnej Polsce, to kobiety właśnie. Mężczyźni zostali przemieleni przez historię, porażeni przez naznaczone dramatami historii matki. A co dzisiaj daje taką przewagę kobietom, to empatia, elastyczność i czułość, cechy, które tak urosły, gdy naga siła przestała być ważna. Nie trzeba im więc pomagać radykalnie, skoro prędzej czy później same dadzą sobie radę. Rewolucje skompromitowały się, wspierajmy ewolucję. Inna sprawa, że u nas tyle rożnych patriarchalnych głupot i nieporadności, że aż prosi się, by wsadzić kij w to męskie mrowisko, zamieszać i popatrzeć, co z tego wyniknie.
   Los rzucił mnie więc na wyspę, tą sama, na której byłem kilka miesięcy temu. Co za pech? Dziewiczość miejsca daje jednak dreszcz tajemnicy, którego teraz nie ma. Chociaż wszędzie szopki świąteczne  z prawdziwymi palmami- pierwsza odruchowa myśl - jak to  bez śniegu,  a przecież właśnie tak bardziej po bożemu i bliżej prawdy....
   Pięć gwiazdek hotelu kapie luksusem i wielkim żarciem...To nieumiarkowanie przynosi nam wszystkim wstyd. Ale mnożenie rzeczy i nowych przyjemności, to przecież cel naczelny naszej cywilizacji. Rozbawiacz hotelowy z pęczkiem kijów pod pachą pyta, czy mam ochotę brać udział w walkach na kije. Samczy instynkt szepce, że głupio odmawiać, więc mówię, że uwielbiam walić się kijami, ale przed chwilą przyleciałem, może jutro. Dziewczyna z płonącym czubem czerwonych włosów proponuje aerobik w basenie, a chłopak cały w hakach i linach, wspinaczkę na pobliskiej ścianie. Na razie dziękuje.
  Wśród animatorów spotykam kobietę z Polski. Jest z emigracyjnej fali, która w latach 80. wypłynęła na zachód legalnie, na niemieckich papierach. Mieszka na wyspie od ośmiu lat. Właściciel firmy, która pożycza mi samochód, to też rodak....Jesteśmy więc jak ten pył gwiezdny rozproszy w kosmosie świata.  Skarżą się na monotonnie, tak zawsze jest z rajem. Marzą o kilkudniowym deszczu, który bębni o blaszany parapet, o mrozie, który szczypie w policzki... Oto kolejny dowód, że kontrasty są potrzebne, by czuć smak życia.
  Stojąc na wysokości 4 tysięcy metrów, obok dymiącej wargi wulkanu, patrzę na bezmiar oceanu.
I gdzieś tam daleko na ojczystym brzegu, widać jak chmurzy się nowy wielki moralny problem, Czy generał w grudniu pamiętnego roku 80 prosił sowietów o pomoc, czy chciał tylko sam? Aż tak u nas dobrze, że nie mamy innych zmartwień? Już tamtej mroźnej nocy, wyrzucony, jak się potem okaże, na rok z orbity rodzinnego domu, a z normalnego życia na lat osiem, byłem pewien, że generał nie posiada dobrych usprawiedliwień i nie będzie ich miał. Uczciwy człowiek nie ma prawa znaleźć się w takim czasie i w takim miejscu jako namiestnik imperium. Czas jednak pokazał, że nie był to Pinochet.. i ważne jak zakończył to w roku 89. Gimnastyka moralna na historycznych, żywych przykładach, bywa pożyteczna, a nawet jest niezbędna dla spoleczenego zdrowia, ale teraz to wszystko śmierdzi doraźną polityką. A znęcanie się nad starcem, to przywilej durniów i ludzi słabych.

                                                     Grudniowe bąki

    Chociaż to grudzień, motyl w kolorowym kostiumie kąpielowym unosi się na niebieskich falach, a spocony bąk odziany w czarne futro chowa się przed upałem w kielichu żółtej forsycji... Czuję się jak korek, który wyskoczył z butelki szampana - nagle wolny. Los rzucił mnie na tą rajską wyspę w towarzystwie licznych kobiet. Jak na nie patrzę, nie mam wątpliwości, że Polska już nigdy nie będzie taka, jaka była, czasami na złe, ale przede wszystkim na dobre.
  Od kiedy odkryłem, że kraje mają płeć, pewien byłem, że Polska jest kobietą, teraz widzę, że raczej facetem po przejściach, z problemem alkoholowym, za którym kryje się depresja. Ale już widać, że Polki zaczynają przejmować nasz kraj od niewydarzonych facetów, to potrwa, ale jest nieuchronne. Podglądam teraz jak dziewczyny znakomicie bawią się we własnym towarzystwie, jak szczerze i wybuchowo się śmieją, tulą się do siebie i dotykają, jakby nigdy nic. I w końcu, ile w tym spontaniczności, jak wiele duchowej wymiany. Faceci już nie są im potrzebni, no może tylko czasami.
  Aby nie wyjść na naiwniaka, w pośpiechu uzupełniam; wiem, że w tej serdecznej niewieściej bliskości kryje się zawsze kilka żmij, ale to już inna opowieść, zanurzona w historii tysięcy lat. Próbuję sobie wyobrazić takie samo grono, już czysto męskie... Wyobraźnia mi jednak zgrzyta....Otworzyliby pewnie telewizor szukając jakiegoś meczu, potem upiliby się i zaczęli śpiewać „góralu...” Dziewczyny też intonują ów polski pijacki hymn narowy, ale to bardziej cytat i kpina z męskiej bezradności......
   Po tym wstępie ośmielam się w końcu przyznać, że nie jestem jednak przekonany co do parytetu płciowego, o czym w Polsce się dyskutuje. Do tej pory na mej zawodowej drodze kobiety na kierowniczych stanowiskach, to zwykle był jakiś koszmar. A nasze posłanki, polityczki? Wystarczy popatrzeć: z jednej strony kostyczna Julia Pitera, z drugiej rozkuchcona Beata Kępa, gdy środkiem kroczy Renata Begger z tasakiem w ręku. Jakby te „kierownicze” kobiety łączyły w sobie karykaturalne samcze wady, wzburzone przez hormonalne burze. Ale rozumiem - kobiety muszą przebijać się przez mur patriarchalny, więc te, którym udaje się przebić, musza być bardziej męskie od mężczyzn...
  Podobnie jak Piłsudski, czy Giedroyc, też jestem przekonany, że co najlepsze w ułomnej Polsce, to kobiety właśnie. Mężczyźni zostali przemieleni przez historię, porażeni przez naznaczone dramatami historii matki. A co dzisiaj daje taką przewagę kobietom, to empatia, elastyczność i czułość, cechy, które tak urosły, gdy naga siła przestała być ważna. Nie trzeba im więc pomagać radykalnie, skoro prędzej czy później same dadzą sobie radę. Rewolucje skompromitowały się, wspierajmy ewolucję. Inna sprawa, że u nas tyle rożnych patriarchalnych głupot i nieporadności, że aż prosi się, by wsadzić kij w to męskie mrowisko, zamieszać i popatrzeć, co z tego wyniknie.
   Los rzucił mnie więc na wyspę, tą sama, na której byłem kilka miesięcy temu. Co za pech? Dziewiczość miejsca daje jednak dreszcz tajemnicy, którego teraz nie ma. Chociaż wszędzie szopki świąteczne  z prawdziwymi palmami- pierwsza odruchowa myśl - jak to  bez śniegu,  a przecież właśnie tak bardziej po bożemu i bliżej prawdy....
   Pięć gwiazdek hotelu kapie luksusem i wielkim żarciem...To nieumiarkowanie przynosi nam wszystkim wstyd. Ale mnożenie rzeczy i nowych przyjemności, to przecież cel naczelny naszej cywilizacji. Rozbawiacz hotelowy z pęczkiem kijów pod pachą pyta, czy mam ochotę brać udział w walkach na kije. Samczy instynkt szepce, że głupio odmawiać, więc mówię, że uwielbiam walić się kijami, ale przed chwilą przyleciałem, może jutro. Dziewczyna z płonącym czubem czerwonych włosów proponuje aerobik w basenie, a chłopak cały w hakach i linach, wspinaczkę na pobliskiej ścianie. Na razie dziękuje.
  Wśród animatorów spotykam kobietę z Polski. Jest z emigracyjnej fali, która w latach 80. wypłynęła na zachód legalnie, na niemieckich papierach. Mieszka na wyspie od ośmiu lat. Właściciel firmy, która pożycza mi samochód, to też rodak....Jesteśmy więc jak ten pył gwiezdny rozproszy w kosmosie świata.  Skarżą się na monotonnie, tak zawsze jest z rajem. Marzą o kilkudniowym deszczu, który bębni o blaszany parapet, o mrozie, który szczypie w policzki... Oto kolejny dowód, że kontrasty są potrzebne, by czuć smak życia.
  Stojąc na wysokości 4 tysięcy metrów, obok dymiącej wargi wulkanu, patrzę na bezmiar oceanu.
I gdzieś tam daleko na ojczystym brzegu, widać jak chmurzy się nowy wielki moralny problem, Czy generał w grudniu pamiętnego roku 80 prosił sowietów o pomoc, czy chciał tylko sam? Aż tak u nas dobrze, że nie mamy innych zmartwień? Już tamtej mroźnej nocy, wyrzucony, jak się potem okaże, na rok z orbity rodzinnego domu, a z normalnego życia na lat osiem, byłem pewien, że generał nie posiada dobrych usprawiedliwień i nie będzie ich miał. Uczciwy człowiek nie ma prawa znaleźć się w takim czasie i w takim miejscu jako namiestnik imperium. Czas jednak pokazał, że nie był to Pinochet.. i ważne jak zakończył to w roku 89. Gimnastyka moralna na historycznych, żywych przykładach, bywa pożyteczna, a nawet jest niezbędna dla spoleczenego zdrowia, ale teraz to wszystko śmierdzi doraźną polityką. A znęcanie się nad starcem, to przywilej durniów i ludzi słabych.


Ok.                                                           
                                                     Smaki i niesmaki
    
   Śnieg, który spadł, nadał sens i urodę tej porze roku. Już nie muszę walczyć ze swoją wyobraźnią, by przekonać siebie, że bura zawiesina, która tak szybko czernieje, jest srebrna, a nagie drzewa, to nie szkielety starych kobiet, tylko wewnętrzne rusztowania młodych dziewcząt, które czekają na szybkie zmartwychwstanie.
     Tato sieńg sieńg – obudził mnie rano krzyk mego synka. Siedział na łóżku wyprostowany jak peryskop łodzi podwodnej...Ruchome święto, w którym żyje dziecko, staje się też naszym świętem. A istnieć nie tylko własnym istnieniem, to część sztuki życia. Obserwuję znajomych, którzy nie mają dzieci,  widzę jak zastygają w swoim egotyzmie. Niestety nowe czasy powodują, że rodzina staje się zamkniętą kapsułą ratunkową, często wyposażoną dodatkowo w kraty.  
  Ci, co mają środki duchowe, by kochać swoje dzieci, skupieni są na dzieciach, jak jeszcze nigdy w historii świata. Mimo jak najlepszych intencji, powstaje wielka hodowla narcyzów. W wieku dwóch-trzech lat, każdy maluch zaczyna mieć poczucie wszechmocy. Nie rozumie ograniczeń świata, jego wyobraźnia nie zna granic i  myli fikcję z rzeczywistością. Ciekawe jakie będę konsekwencje zaniku podwórek, gdzie nauka świata i życia była bliska natury? Dzieci tych zamożniejszych rodzin są teraz wszędzie wożone samochodami, by po drodze nie stała się im krzywda. Wiele z nich ma korony na głowach, a w dłoniach dzierży berła.
  Wioząc z przedszkola naszego księcia, włączyłem płytę z muzyką poważną. Ze zdumieniem słyszę, że książę nuci fragmenty Mozarta, a kiedy wjeżdżam do garażu, robi mi dziką awanturę - nie chce wysiadać, chce słuchać. Jeśli okaże się, że ma muzyczny talent, będzie kłopot. Czasy takie, że nie wolno marnować talentów, a wcale nie mam ochoty skazywać go na ciężkie fortepiany.
 
      Na lotnisku już po odprawie, zasiadam, patrzę, a obok Adam Malysz i ekipa polskich skoczków. On bez nart taki niepozorny, a prawdę mówiąc cherlawy. Symbol narodowy, duma polska, nasz polski orzeł. Jakby nie wiedzieć tego, co się wie, to zakładać by się można, że nie podskoczy wysoko. Ludzie nie dają mu spokoju, wołają jak dzieci - o Małysz,! Jedni pochylają się po autograf, inni kucają po wspólne zdjęcie. Na jego miejscu chodziłbym z tabliczką na piersi i na plecach...- A odp.... wy się wszyscy ode mnie...”
  Siedzę obok i jakoś głupio, jakbym się podszywał pod polską ekipę...Ludzie zerkają, taki siwy to może masażysta, za stary, na pewno psycholog drużyny...
  Kilku innych skoczków kręci się w cieniu Małysza, też szczuplaki, wszyscy mówią z nalotem góralszyczyzny, co daje naszemu językowi wzgórza i doliny, ale to już nie gwara, tylko jej pogłos. Wszyscy przykuci do swoich komórkowych telefonów, to rozmawiają, to w coś grają, to wystukują. Owe drobienie placami, jakby robienie na drutach, charakterystyczny znak początku XXI wieku.

  Jakiś wielkim smutek ciągnie od sprawy Krzysztofa Piesiewicza. I smutno, że teraz o tym piszę, zamiast przemilczeć...To był kolejny ukłon mediów w stronę mroku. Kiedy jednak wieść już niesie i odbija się echem, komentujemy z czystym sumieniem i powielamy echo. A przecież nie wszystko jest tu oczywiste. Radość grzeszników, że nie są sami. I donośny głos czyścicieli oraz lustratorów, oni już nie ruszają się z miejsca bez sterty kamieni. 
  Znam Piesiewicza słabo, ale wszystkie z nim spotkania zostawiły we mnie jasny ślad. Ujmuje mądrością i światłem. Musi mieć jednak w sobie też mrok, skoro potrafił pisać o piekle. I już wiemy, że mądrość wobec innych nie chroni nas przed robieniem głupstw wobec siebie. Gdy patrzy się na biografie wielkich, ich piwnice zwykle zaskakująco pełne małych i dużych okropieństw.
  Syn Adama Mickiewicza długo palił kompromitujące ojca papiery, ale to i owo przeoczył. A co stało się z pierwszym dzieckiem Einsteina? Miał szczęście, że nie było wtedy tabloidów. Romanse Piłsudskiego uszły ma na sucho, teraz by nie uszły, a samobójstwo kochanki po rozmowie z jego żoną  załatwiłoby go na amen. Jestem za jawnością, za odwagą mówienia prawdy, ale widzę jak świat brzydnie w jej blasku. Człowiek wytrzymuje czasami próbę półprawdy, całej nie zniesie.

  Jako gość pewnego telewizyjnego programu, słyszę jak operatorzy rozmawiają ze sobą narzekając, że jutro będą musieli kręcić polityków. „Z prostytutkami byłoby ładniej, weselej i mądrzej”...Pogarda wobec naszych polityków znalazła już swoje dno i po nim łazi na czworakach.
    Dwugodzinne nagranie wspomnień z lat opozycyjnej działalności. Zdaje mi się, że coraz mniej mam do powiedzenia, jakbym zaczynał tego się wstydzić. Ze wspomnieniami tak bywa, że po latach chodzi się wytartymi ścieżkami, powtarzając prawdę i nieprawdę z równym przekonaniem. Przesłuchuje mnie kolega z dawnych lat. Czas nas tak oddalił, że nawet go nie pamiętam, ale zbliża nas wspólne odczuwanie smaków i niesmaków, choćby z uroczystości wręczania medali przez Lecha Kaczynskiego półtora roku temu. Bywa niesmak trudny do zjedzenia i strawienia mimo upływu czasu. Wspólnota smaku i niesmaku łączy ludzi najbardziej.
    A smak polskich świąt, już niestety wyjaławianych przez komercję, tak szczególny, że właśnie jego bodaj najdotkliwiej brakuje naszym emigrantom.
 

                                          Nie tylko orły fruwają

    Mróz zmroził wirusy i na razie pogrzebał nadzieje PiSu, że mór świńskiej grypy potwierdzi rzucone podejrzenie, że Platforma nie sprowadzając szczepionki chciała wymordować naród polski. Wiele jestem w stanie wybaczyć PiSowi, ale nie, że majstrują przy głębinowych ludzkich lękach.  
     Miasto w korkach, w śniegu i w lodzie.  Jadę ulicą Gagarina, pamiętam jak nazywała się Nowoparkowa. Mijam dom gdzie mieszkała Zofia Nałkowska, tu napisała najlepszy tom swoich dzienników, ten z czasów wojny. Na parterze był jej sklepik w wyrobami tytoniowymi. Czemu na tym domu nie ma pamiątkowej tablicy? To okolice mego dzieciństwa. Po drugiej stronie jest wejście do Parku Łazienkowskiego. Miejsce pielgrzymek moich rodziców ze mną w wózku, w którym uparcie odpadało koło, a ojciec wstydził się kierować tym pojazdem.
  Nagle widzę, że zepsute są światła na pobliskim skrzyżowaniu z Czerską. Samochód na sąsiednim pasie hamuje przed przejściem dla pieszych. Jest ślisko, jakimś cudem zatrzymuję się. Kątem oka widzę jak pasami idzie ojciec z dzieckiem, dziewczynka ciągnie za sobą sanki, a na szyi ma długi szalik....Kiedy oddech ulgi opuszcza me usta, czuję walnięcie w głowę i huk taki pusty w środku. Mój pojazd uderzony potężną pięścią sunie do przodu. Teraz wszystko odbywa się jak na zwolnionym filmie - stoję jakby obok i patrzę bezradny. Człowiek na pasach podrywa się, mocniej ściska dłoń dziecka i oboje jak spłoszone ptaki odfruwają na pobocze, a za nimi płyną w powietrzu sanki... I wszyscy gdzieś nikną.  Mój samochód zatrzymuje się kilka metrów za pasami. Za mną stoi duży terenowy wóz. Dopiero, gdy wychodzę zabierając kluczki - to już odruch, nauczyły nas tego kradzieże na stłuczkę - widzę, że z tyłu stoi trzeci samochód, który okrutnie się wykrzywia spiętrzoną blachą maski.
  -Całe, szczęście, że człowiek z dzieckiem odfrunął - mówi młody chłopak z rozbitego wozu.
 A więc to nie było moje przewidzenie. - wpadłem w poślizg- mówi właściciel dużego pojazdu - moja wina, przepraszam, całe szczęście, że odfrunęli.
  Czemu nikt się nie dziwi,  ja też nie? Może tak jest, że niedoszli niewinni zabójcy nie potrafią się dziwić.  Oglądam tył samochodu, chociaż czuję, że to bardzo przyziemne po tym co się stało. Nie wiedziałem, że mój pojazd ma taki twardy tyłek, widać tylko lekkie stłuczenie lewego pośladka.
  Czekaliśmy godzinę na policję, mieli ciężki dzień. Przyjechali cywilnym wozem, włożyli białe czapki na głowy, nie sprawdzili dokumentów, machnęli ręką – „dogadaliście się, a winny nie protestuje”. Mili byli i pojechali. My też ze sobą serdecznie, siedzimy w luksusowym wozie, rozmawiamy o polityce, o zaniechaniach kolejnych rządów  i spisujemy swe dane. Kiedy potem dzwonię do firmy ubezpieczeniowej, rozmowa z nimi zdaje się przyjemna jak masaż całego ciała. „Poślemy pana, jeśli pan się zgodzi  do związanego z nami warsztatu, dostanie pan na czas remontu wóz zastępczy.”
  Właściwie całe zdarzenie budujące i sympatyczne – ja chcę takiej Polski! Jeśli jest taka co jakiś czas, to może wkrótce taka będzie zawsze. 
 
     Zakończył się trzeci rozbiór Telewizji Polskiej. Media donoszą, że szefem został Orzeł. Pierwsze orły, jakie poznałem w PRL były bez korony, potem już z koroną, czasami tylko zdawała się być cierniowa. I przytrafiały się też kaczki udające orły. A Orły miały czasami imiona, lecz Romualda nie znałem. Prawie nikt go nie zna. I dobrze. Gdyby szefem telewizji został Gall Anonim byłoby właściwie najlepiej...Z nazwisk nie wypada kpić, przypominali o tym starożytni, więc bądźmy już poważni.
   Mawia się, że media publiczne nam jednak potrzebne, tylko one dbają o pamięć. Ale przecież program TVN historia jest prywatny i cały oparty na pamięci. A media publiczne zdają się nie mniej zjadane przez komercję, co prywatne. Zgadzam się jednak, bez pamięci, żyć groźnie i głupio. Problem, że równie źle, gdy manipuluje się pamięcią zbiorową. Pamiętamy to z czasów PRL.
 Teraz też mamy wrażenie, że z pamięci próbuje się robić broń w politycznej walce. Partie powinny odpieprzyć się od pamięci zbiorowej i od telewizji. Jak wiele trzeba było amnezji by narodowa prawica i lewica mogły zawrzeć sojusz w telewizji i by mógł tam wrócić Czarzasty i Kwiatkowski? To jakiś upiorny żart z naszej pamięci. Jakby liczono, że niczego już nie wiemy, nic nie pamiętamy. Braterski uścisk, PiSu i SLD, to świetna puenta jakiejś podróży, na jej końcu jest pustka.
  Czy można liczyć, że to już rozbiór ostatni, a wyzwolenie telewizji przyniesie Platforma, by przejąć nad nią władzę? Nie, to ja jednak dziękuję.
  A publicznej telewizji nie oglądam, to nawet nie znak protestu, jakoś tak naturalnie się stało. Niczego tam nie znajduję dla siebie. Ratuję swą kiepską pamięć czytając książki, chociaż częściej je przeglądam. Przeglądam ich tysiące, gdyż przywiozłem do swego domu bibliotekę ojca.
W tych rodzinnych książkach znajduję nie tylko słowa. Między kartkami wiele się dzieje. Mieszkają tam ususzone liście, listy, bilety PKP, zaproszenia na bardzo ważne imprezy, tak przebrzmiałe, jakby ich nigdy nie było. Te ślady dawnego życia im są dalsze w czasie, tym nabierają wartości.

      A na koniec roku, to najchętniej bym trochę pomilczał.... Wszyscy powinniśmy zamilknąć. I niech staną na chwilę młyny słów i obrazów. Minuta ciszy z szacunku dla czasu, który minął. Żyjemy przecież w niebywałym zgiełku, zakrzątani, oślepieni nadmiarem wszystkiego.

 


                                                  Jak ten czas leci

      Wigilia na wsi, gdy rozmawiam ze starszymi gospodarzami, mam poczucie, że tylko cząstkowo rozumieją nasze życie społeczne. Czy może być inaczej, skoro ich czas aktywności zawodowej przypadł na lata Polski Ludowej? W głowach teraz groch z kapustą. Trudno tych ludzi nawet przekonać, że bankructwa wielkich firm, mamutów socjalizmu, były nieuniknione, a udział obcego kapitału w polskiej gospodarce to błogosławieństwo.
  Nie do końca mamy dzisiaj świadomość, jak zabory podkopały polską psychikę. Ta dawna rana, co zasklepiła się w roku 1918, została otwarta w czasie hitlerowskiej okupacji, a ropiała przez półwiecza PRL. Nic dziwnego, że taki żywy jest ból, który oplata naszą świadomość. Dlatego nadal u nas tak mało uśmiechów, tyle głębinowej nieufności, niepokoju, że ktoś nas znowu oszuka, ograbi, okradnie, dlatego takie wysokie ogrodzenia, tyle wszędzie krat.... I
dlatego tak podli politycy, którzy grają tym głębinowym lękiem.
  Kiedy się mówi starszym, że współczesna gospodarka rynkowa, globalizacja, zaciera dawne tradycyjne prawa własności, że Chińczycy wykupili wiele słynnych firm w Stanach, co nie powoduje, że Stany są mniej amerykańskie, chwila konsternacji i zadumy. Wzdychają więc za latami 70. To był dobry czas. Wtedy wszystko było zrozumiałe. Ich dzieci tylko uśmiechają się kwaśno, nie ma co z nimi dyskutować, trzeba robić swoje, mimo świąt stukają na komputerze serfując po całym świecie, sprzedają coś i kupują...
  Gospodarstwo przejmuje syn gospodarza. Ten już coraz słabiej broni się przed pomysłami syna, które uważa za ryzykowne i szalone. Pewnie czasami ma rację. Ale ma też rację syn, który uważa, że bez ryzyka nie zrobi się dobrego interesu. Ojciec zapomniał na amen, jak sam kłócił się ze swoim ojcem, który nie chciał żadnych innowacji.
 Od wczoraj w murowanej stodole gdzie dziadek doił własnoręcznie krowę, stoi machina, kilkadziesiąt razy większa od krowy. Przybyła prosto z Hiszpanii.   A to tylko jedna z sześciu inwestycji młodej gorącej głowy. Gospodarz pod nieobecność syna pokazuje nam przybysza, co przypomina skomputeryzowany obiekt kosmiczny, który potajemnie wylądował wśród polskiego bałaganu. Jest dumny, chociaż co chwila ogarnia go wielka groza.
  Ta są te współczesne polskie silniki napędowe, o czym człowiek wsłuchany tylko w media nic nie wie. Tam tylko sensacje, katastrofy i korupcja.

    Kiedy rzucam okiem na kłótnie w komisji hazardowej, mam ochotę za okiem rzucić od razu ucho i odejść w milczeniu. Bardzo hałaśliwy ten pogrzeb. Inna sprawa, że nie bardzo wiadomo, co jest chowane. Dociec prawdy tu raczej się nie da, nie dlatego, że taka rogata, zdaje się ona bezkształtna, nieoczywista, jak złe obyczaje, jak brak klasy, cwaniactwo i złatwiactwo, czyli nasze wady powszechne. Po co więc Platforma tak mąci, co za głupota by z Beaty Kempy, która przypomina przekupkę i z prokuratora Wassermana, któremu sople lodu zwisają z marsowego czoła, robić ofiary walki o prawdę - co oni mają wspólnego z prawdą? Im tylko dynda obrzmiały interes partyjny. 
  Następna komisja sejmowa powinna zająć się już sprawami naprawdę poważnymi. Oto z biegiem lat czas płynie wszystkim coraz szybciej. Mimo że tak wiele nas różni w odczuwaniu świata, tak liberałowie i prawicowi konserwatyści wzdychają równie głęboko –jak ten czas leci –zarówno prawdziwi Polacy jak i te farbowane lisy, słuchacze radia Maryja i radia Zet, wierzący i poganie. Z biegiem czasu wszystkim czas płynie jakby coraz szybciej. W dzieciństwie dzień zdawał się rokiem, a po latach rok mija w mgnieniu oka. Jak możliwe jest takie nadużycie w państwie prawa?
   Mam tu swoje amatorskie przemyślenia. To jak z drogą - jeśli jedzie się nią po raz pierwszy, niemożliwie się dłuży, gdy przebywamy się ją po raz wtóry, zdaje się krótka. Z biegiem lat, wszystkie drogi znamy na pamięć.   To, że czas tak dłużył się w dzieciństwie i takim został nam w pamięci, stało się dzięki magii wyobraźni, wszystko wtedy było niezwykle i świeże: kolory, kształty, zapachy. Przyszłość, która zmienia się w przeszłość, z biegiem lat spopiela się, formując swój kopczyk o coraz wyższym lejku, na szeroko rozlanej i kolorowej bazie pamięci dzieciństwa, co pogłębia złudzenie, że poruszamy się coraz szybciej i coraz mniej zostawiamy za sobą, prawie nic.
  A więc mamy już rok 2010. Aż dreszcz idzie mi po plecach od tej daty. Jakbym widział oczy, co patrzą na nas z góry roku 2100. Mój mały synek będzie miał, wtedy lat 94. Jak śmiesznie znikome z perspektywy tego przyszłego czasu zdają się nasze dramaty? Nikt już wtedy nie będzie wiedział, że staniała kiedyś taka osobliwość jak bracia Kaczyńscy i był jakiś Tusk, spleceni w szalonym, pełnym nienawiści tańcu. To wszystko, co teraz gardłowe, będzie bez znaczenia.

   Największe zaskoczenia minionego roku, że Polska suchą nogą przeszła światowy kryzys, co miał być wielki, a okazał się średnio duży. Pesymiści dostali po nosie, więc marszczą nosy wieszcząc, że duże kłopoty jeszcze przed nami. Na pewno mają rację, zawsze mają rację ci, którzy zapowiadają kłopoty, lecz one pojawią się nie w tych miejscach, które wskazują.
  Spore też zdziwienie, że pod koniec roku ekipa rządowa i Tusk zaczęli tracić społeczne zaufanie, a Platformie jakoś nie spada.    A na rzecz kogo ma spadać ? Jaki mamy wybór? Nie trzeba być geniuszem, by widzieć i czuć, że tłuste od nienawiści PiS i wychudła jak na chemioterapii SLD , to nie wybór, a pomór. 

                                                  Uparta czkawka
                                                        

    Prawie bez echa przeszedł wywiad z Georgem Friedmanem w Newsweeku 52/2009, gdzie ów politolog wieści wielką przyszłość Polski, a nawet powrót do naszej dawnej mocarstwowości. Chętnie słuchamy jak ktoś nas chwali, ale gdy przesadza, zaczynamy się buntować - co on chrzani, chyba nie był nigdy w Polsce? Z tą mocarstwowością to Friedman przesadził. Gdyby wieścił, że będzie nieźle, a nawet dobrze, to byśmy mu pewnie przyklasnęli, no może z zastrzeżeniem–, jeśli sami czegoś nie sknocimy, a mamy do tego talent. Ten brak wiary w siebie, to już pierwsza przeszkoda w przyszłej naszej mocarstwowości. Friedman akurat o tej słabości wie i mówi, że to nasz wielki problem, ten brak w wiary w siebie. Ciemne widzenie jednak nam pomału topnieje, chociaż ten czarny lodowiec nadal ma wielką masę i bije od niego chłodem. Zgodzimy się chyba też z politologiem, że co było kiedyś przekleństwem Polski, nasze położenie w środku Europy, pomiędzy szerokimi biodrami Niemiec i Rosji, teraz może być atutem. Ale czy musi? On pewien, że tak, my, że to nie takie pewne.
  Naszą siłą na pewno jest przedsiębiorczość. Ale to też nie proste. Politolog chyba nie wie, ile w niej toksyn, nasza przebiegłość i talent do improwizacji zrodziły się z wielowiekowego kluczenia i kombinowania. Nasza przedsiębiorczość ma więc w sobie coś z partyzantki. Byliśmy partyzantami w czasie zaborów, ostatniej okupacji i żyjąc pod cegłą Polski Ludowej. To w partyzantce wykształciły się podstawowe nasze odruchy. Dzisiaj jesteśmy partyzantami wcielonymi do regularnej armii. Dlatego zanikają po drodze rozkazy, ciągle jakieś niesubordynacje i ten brak całościowej wizji działań Dotkliwie brakuje też dobrych dowódców, a jak się znajdą, to szybko ich deprecjonujemy. W naszym kraju, bowiem każdy czuje się generałem, dlatego źle tolerujemy konkurencję.
   Wiemy o sobie tyle intymnych różności, których Friedman patrząc na Polskę z lotu ptaka nie ma pojęcia. Za to on z góry dostrzega, czego nam nie dane zobaczyć. Mamy wielką szansę, pewnie największą w swej historii, by przezwyciężyć odwiecznie trapiące nas dramaty. Na razie robimy równie wiele by z tej szansy skorzystać, jak by ją utracić.
  To nie tylko ta nasza chorobliwa kłótliwość, a też dziesiątki innych wad i przywar głęboko zakorzenionych w tradycji, choćby autodestrukcja, niechlujstwo, też to umysłowe, pieniactwo, pijaństwo –ono jako efekt ukrytej depresji. I w końcu te wzdęcia godnościowe, różne niemożności, częściowe lub całkowite, przechodzenie od manii do depresji. I ten wielki, może nawet podstawowy problem z wyznaczaniem sobie wyraźnych reguł gry. To wszystko powtarza się uparcie jak czkawka.
 Zbierałem kiedyś opinie cudzoziemców przybywających do nas z Europy, od wieku 17 do dzisiaj.
Uderza bliźniaczość tych obserwacji i zdziwień. W weku XXI ze zdumieniem odkrywamy, że to trwa nadal...Wystraszy popatrzeć na nasz parlament, jak uparcie czka w dawnym stylu.
 To nie jakieś fatum, to minie – trzy pokolenia muszą wymrzeć - mówi mój kolega z podwórka, pamiętam jak toczył się po klatce schodowej, gdzie teraz stoimy, taki słodki bobas, a już ma na twarzy sędziwe bruzdy, jakby spłynęły nią jesienne potoki. Jest wściekły na Polskę, skarży się: wszędzie mi tu mówią, że jestem za stary, do grobu won dziadzie, dlatego pracuję, cholera, jako taksówkarz!” Wcześniej coś robił w Niemczech, wzdycha:” jak tam cudownie, jak po ludzku, daleko nam do nich....” Myślę, gdyby to usłyszał jego ojciec, najpierw partyzant, co zabijaj Niemców, potem komunista, który zapijał własną duszę....- kilka pokoleń - mówię - to nie tak wiele - Ale go pocieszyłem! Minę ma nietęgą.

  Kiedy zna się wielu ludzi, czasami zwykły komunikat prasowy, dla innych suchy i mało znaczący, nabiera kolorów, a nawet intensywnie pachnie? Już kiedyś znęcałem się nad partyjnym, aparatczykiem pisowskim Jackiem Sobalą, wygląda to niską zemstę za to, że kilka lat temu gdy PiS panował w radiu dał mi program na żywo w jedynce, a potem w wielkiej panice go zabrał. Gdyby mi wtedy powiedział, boję się o moją karierę, że pan mi zaszkodzi - to bym mu wybaczył, ale mówił, że sobie nie radzę...Jestem krytyczny wobec siebie, byłem więc byłem skłonny nawet mu uwierzyć, nie rozumiałem tylko czemu Tomasz Sakiewicz, szef pisowskiej Gazety Polskiej, chociaż dukał i bredził na antenie, tak świetnie sobie radził. Oświecili mnie szybko ludzie radia, dla których Sobala był tylko kolejnym namiestnikiem karłowatego imperium.
  Moja radiowa kariera skończyła się więc gwałtownie po programie, do którego zaprosiłem terapeutę i psychiatrę, mówili o naszych politykach. O ich psychicznych odchyleniach. Nie wiem czy mieli na myśli braci K. , nazwisk nie było, ale ilekroć uderzali w stół, odzywały się nożyce, a one jak wiadomo mają dwa bliźniacze ostrza.... W gabinecie Sobali stał gęsty papierosowy dym, a on miotał się w jego oparach, miałem wrażenie, że zawsze jest w stanie przed zawałowym. Identyczni byli partyjni aparatczycy, którzy ganiali jak kot z pęcherzem po tym samym gabinecie w latach 70. I te roztrzęsione, zawsze spocone dłonie.
   Wredne liberalne media właśnie doniosły, że Jacek Sobala wrócił teraz do radia, by pacyfikować liberalną trojkę. Powodzenia. To, co zrobili politycy z publicznymi mediami, jest niebywałym łajdactwem. To próba dobrania się do świadomości i nieświadomości zbiorowej.

                                              Białe i czarne zaspy

     Dni wielkiego śniegu. Mają w sobie jeszcze młodość ci,  którzy czują radość takiej zimy, mimo pewnych utrudnień. Wypychanie obcych samochodów z zasp i bycie wydobywanym przez nieznajomych. (Rada znajomej z Kanady - woź ze sobą dywanik, tu wszyscy wożą  i podkładają pod buksujące koło. Okazało się to genialnie proste i skuteczne. Polecam!) Wzajemna pomoc ludzi sobie nieznajomych, nagły powrót solidarności i odkrycie, jaka to radość pomagać innym i przyjmować pomoc. Coś, czego brakauje nam coraz bardziej.  
  Taką też rolę oczyszczającą z codziennego egotyzmu, zaczęła pełnić Wielka Orkiestra, czyli święto zbierania pieniędzy na zbożny cel, a cóż ważniejszego niż zdrowie naszych dzieci. Liberalny kościec tej akcji jest solą w oku dla naszej konserwy. Ale tak już ma nasza narodowa prawica - wiele gadania o chrześcijańskim miłosierdziu, a bierność i nienawiść górą.
 Przez wysoki śnieg wracam z filmu „Biała wstążka” Michaela Haneke. Smutno, że tak ważny artystycznie i moralnie przekaz, szybko schodzi z ekranów, a publiczności nie wiele. Ten czarno biały film przypomina, że świat będzie taki, jak wychowamy nasze dzieci, a dzieci chowane surowo, bite i upokarzane, mszczą się potem przez całe życie na innych. Upokarzanie zawsze jest pożywką dla przyszłej nienawiści.
  Kiedy zapalają się światła, a widzowie nadal siedzą jak skamieniali, otwiera się dramat naszych czasów- tu widziałbym drugą współczesną część filmu, już w kolorze, nawet w nieznośne licznych kolorach. Jak oto coraz bardziej powszechne dzisiaj wychowanie dzieci w miłości i w czułości, bez kar cielesnych, za to w nadmiarze przyzwolenia, też może tworzyć potwory. Miłość to bowiem złoty,  miękki puch, trzeba mu jeszcze nadać formę. A dzisiaj formy i normy w rozpadzie. 

  Spotkanie z grupą dawno nie widzianych, a bliskich znajomych. Jestem zaskoczony, a nawet strapiony ile w nich nienawiści do PiSu. Nareszcie rozumiem skąd taka niszcząca siła wojen domowych. Szczególnie kobiety płyną na falach emocji. Staram się tonować ich emocje, ja który czasmi nie panuję nad własnymi. Każda nienawiść jest zła. Też dlatego, że jak ogień nie wie, że jest ogniem, nienawiść gdy płonie, nie wie, że jest nienawiścią.
  U źródeł obcości wzajemnej jest poczucie, że należymy do innego stada. Ludzkie odmienności, jeśli nie ujęte w ramy organizacji, łatwo pomijamy traktując jako część kolorytu świata. Dopiero, kiedy różnice ujęte są w ramy organizacji, stajemy naprzeciw siebie we wrogich armiach. To odmienność zorganizowana, ze swoimi przywódcami, czyni że żyjemy nagle w innym lesie.
  PO, która też z braku wyboru, z lęku przed umysłową zatęchłością narodowej prawicy, stała się naszym stadem, ujawnia stopniowo brak klasy i bylejakość. Zasługuje więc na spadek w sondażach, ale Polska nie zasługuje by władzę znowu przejęło PiS.
  Spotkanie z Pawłem Śpiewakiem - po latach - kiedyś często się widywaliśmy, najpierw jako dzieci, najczęściej jednak, gdy już duzi chłopcy byliśmy razem w redakcji Res Publiki.
   Porządkując teraz bibliotekę rodziców, wśród setek książek z dedykacjami, najwięcej widzę tomów wierszy od Anny Kamieńskiej i Jana Śpiewaka, rodziców Pawła. Nagle uświadamiam sobie, że obaj padliśmy ofiarą nietypowego zjawiska - jesteśmy zrodzeni z obojga poetów. Jak nam udało się ocalić głowy z takiej opresji?
  Nie pamiętam ile mamy lat, ale nie tak wiele, idziemy z ojcem Pawła na Chojnik, zamek stojący na górze, która wtedy zdawała nam się wysoka. Kwitnie wiosna, nagle prześwit w drzewach odsłania krajobraz - jak pięknie! –wołam - A wtedy stary Śpiewak ( stary, a zmarł wiele lat potem,  młodszy od nas dzisiejszych!)- zwrócił się do syna - popatrz Pawełku jaki Tomek wrażliwy na piękno... Był w tym ton żalu, że syn się nie zachwyca. Musiałem poczuć coś w rodzaju dumy, skoro tak dobrze pamiętam zapach tej sceny. Z tego wszystkiego zostałem poetą i felietonistą, a on intelektualistą. 
  Jeszcze kiedy Paweł był w PO i w sejmie,  dawał mi znaki, że bardzo jest zaniepokojony brakiem ludzi, idei, klasy w swej partii.  Jest Tusk, niezwykły mimo swych wad, Komorowski przyciężki, ale szlachetny i jakaś mała piąstka polityków, a dalej to dzikie pola... już prawie nie różnią się od plebsu pisowskiego.
  Odejście Pawła z PO stało się małą sensacją – sam był pewien, że zostanie skazany na milczenie – a stał się bohaterem mediów, jako ten, kto swoje zobaczył, a teraz może śmiało mówić prawdę. A myśli i mówi świetnie. W liberalnym środowisku stracił jednak kilku znajomych, obwiniano go, że podsunął braciom, K. ideę IV Rzeczpospolitej. I że bywał zbyt łagodny wobec PiSu, gdy wobec PO za surowy. Ja też miałem o to do niego żal. Teraz wiem,
że był oszołomiony słabościami Platformy, pewnie dlatego nie dośc ostro chciał widzieć,  że PiS budzi głębinowe polskie lęki i fobie. I że to grzech śmiertelny. Połączyło się to z przekonaniem o konieczności radykalnych zmian w Polsce, która zastygła we własnym błocie. Stąd marzenie o jakiejś małej rewolucji moralnej. Najmądrzejsi ludzie zawsze błądzili, gdy marzyły się im ruchy gwałtowne.
   Są miejsca z których wychodzi jakoś wzbogaconym, ale też uboższym o złudzenia. Jak bez nich żyć?

                        Okulary i ordery

    Dawnych znajomych spotykam już zwykle tylko na pogrzebach lub na peronach dworców, te perony też mają w sobie coś cmentarnego.  W pierwszej chwili, bez pamięci do twarzy, nie wiem kto mnie zaczepia, ale obraz po chwili się wyostrza. To ona, on? - Nie do wiary! - a ona lub on zapewne to samo myślą o mnie. Udajemy, że nie dziwimy się zmianom jakie w nas zaszły. Trwa jednak wzajemne identyfikowanie szkód, jakie wyrządził nam upływ czasu.
  J.  uparł się, by żyć z pisania. Więc klepię biedę, wydawcy mówią - ma pan niemedialne nazwisko - Wszystko dzisiaj dzieli się na medialne i nie medialne - Miałem zawał w czerwcu- mówi – wyciągnęli mnie jak widzisz - a serce zawaliło się ze stresu i z walki o przetrwanie.
   Każdy z nas jest przed lub po zawale, przed lub po chemioterapii, tak się porobiło.  Nagle uświadamiam  sobie, że znajomych mogę już dzielić wedle chorób: sercowi, rakowaci – tu wiele podgrup, uwyraźnia się grupa jelitowa, zawstydzona i poniżona, to ci, którym zaszyto odbyty. Jak tak dalej pójdzie,  stanie się to modne. 

 Jadę do Krakowa na polsko-szwedzkie spotkanie. Kilka miesięcy temu było polsko-rosyjskie, w Pałacu Staszica.  Przybyli znani ekonomiści rosyjscy, dawny doradca Jelcyna, intelektualiści z obu stron. Mówiłem o paradoksie bliskości Rosji, a zarazem jej obcości, takie pogmatwane pokrewieństwo. To, co bliskie nas przyciąga, nawet rozczula, ale też niepokoi. A bardzo złości, gdy w świecie mylą nas z Rosjanami. Chcemy być inni. I jesteśmy inni. Mówiłem o fascynacji językiem rosyjskim, którego nie znosiłem, a zmuszano nas w szkole do nauki. Teraz czuję jego serdeczne i miękkie piękno. I jak rosyjski wzbogaca polski, podnieca podbrzusze i podniebienie naszego języka. Zamieranie dzisiaj znajomości rosyjskiego ma więc negatywne konsekwencje dla kubków smakowych naszej mowy. Przeszłość nas przede wszystkim  dzieli i boli.   Połączy nas zapewne przyszłość.  Jej istota mowić będzie po chińsku. Rosjanie nadal boją się Zachodu, nie ufają, rywalizują z nim, a to przecież Chiny są dla nich gigantycznym zagrożeniem. Nie widzą tego jak belki we własnym oku. I to zapewne Chiny zmuszą Rosję, by w końcu stała się częścią Europy. A więc naszym sojusznikiem, nie wrogiem.
    Polsko-szwedzkie spotkanie w Krakowie organizują studenci. Szwecja przestała już być krajem mitycznym, zbyt łatwo tam dojechać. Nadal jednak porusza, jak daleko i jak blisko nam do nich. Szwedzi to kolektywiści, a  my indywidualiści. Nie przypadkiem śpiewa tam najwięcej chórów na świecie.
  Na bazie poczucia wspólnoty zbudowali silne i sprawne państwo. Nasze społeczeństwo walczyło z państwem, najpierw własnym, szlachta bała się, by nie było za mocne, potem państwo było wrogie i obce.
  Szwecja jest przykładem jak można zbudować silne, sprawne socjaldemokratyczne państwo nie gwałcąc demokracji. Tylko skąd wziąć w Polakach szwedzką dyscyplinę, umiejętność kompromisu, zaufanie do instytucji. Szwedzi jednego dnia z inicjatywy państwa przeszli kiedyś na „ ty”. A w roku 50 zakazali bić dzieci, wcześniej bardzo bili, co pamiętamy z filmów Bergmana, Tak przestraszono rodziców, że przestali. Alkoholizm był dramatem, jak u nas nadal jest. Poradzili sobie z tym, wprowadzając częściową i mądrą prohibicję.
   Państwo nam kuleje, a my razem z nim, ale gdy posłucha się tych, którzy chcą je radykalnie wzmocnić, to strach.

     Triumfalne wyjście na wolność zamachowca, flesze, tłumy dziennikarzy. Licytowanie ile zarobi za wywiady, za książkę- cóż bardziej obnaża katastrofę moralną naszej komercyjnej cywilizacji. Próba zabicia papieża tak się już spatynowała, że nabrała szczególnej wartości. To tylko produkt. Kiedy ktoś złorzeczy, jak teraz ja, że to obrzydliwe, owe złorzeczenie również napędza komercyjny aspekt sprawy. Nie ważne już, co się o tym mówi, ważne, że się mówi.
  Wygląda na to, że jeśli w ramach wyroku za takie czyny nie będzie kary dożywotniego milczenia, im większa zbrodnia, tym większy potem będzie zysk zbrodniarza.

  Wśród rzeczy po mym ojcu, najbardziej mnie poruszają okulary i ordery. Dostał tych odznaczeń wiele, nawet sztandar pracy pierwszej klasy za biografię Mickiewcza. Bardzo wstydził się tych orderów, chociaż otrzymał je jako pisarz. Czasami, gdy sobie popił i był w bardzo dobrym humorze, przypinał wszystkie do piersi i defilował po mieszkaniu jak na defiladzie. Na śmiech. Teraz odznaczania leżą w zakurzonych czerwonych trumienkach, wyblakłe, tylko błysk w metalowym oku ciągle żywy. Oto dowód jak znikome jest ludzkie życie, jak daremne i żałosne próby, by dorobek człowieka jakoś uhonorować i zatrzymać w blaszce ze wstążką.
  Mój dziadek, zawodowy oficer, miał też wiele odznaczeń, między innymi vitrtutti, zginął w obronie Warszawy w roku 39. Kiedy babcia wróciła do warszawskiego domu, o jego śmierci dowiedziała się od sąsiada, wojskowego kretyna, co jej taktownie oświadczył; „to pani nie wie, że on w piachu?” Gdy weszła do mieszkania, było ograbione, ordery zniknęły. Bohaterstwo bywa poniżane przez tych, dla których poświęcamy życie, częściej niż nam się zdaje.
  A okulary po zmarłych ciągle patrzą niewidzącymi oczami. Wszystkie w grubych niemodnych dzisiaj oprawach. Składam i rozkładam im ramiona, spoglądam przez szkła, by ze zgrozą widzieć, że  dobrze przez nie widzę. Tak oto nagle dorastamy do okularów bliskich zmarłych.


                                                       Klasa i jej brak                                                          

      Spotkanie z dziećmi  w szkole podstawowej. Już po pierwszych słowach robię z siebie głupka, nie wiedząc, że tak wiele już wiedzą.  To taki szczególny wiek, przejściowy. Dziecięca spontaniczność, radość życia, energia i ciekawość, jeszcze nie przytłumiane są wysiłkiem wychowawczym szkoły,  ciężarem obyczajów i grozą dojrzewania. Czerpią na razie co najlepsze z obu światów, dzieci i dorosłych .  Robi wrażenie ich potencjał. I smutna myśl, że zapewne znowu coś im przeszkodzi rozwinąć skrzydła. Z poruszeniem patrzę jak tworzy się nowa postać dziewczynki, nie przypadkiem wszystkie w spodniach i na luzie, tak kształtuje się kobieta nowej epoki. Ta nowa formacja wkrótce uzyska druzgocącą przewagę nad męskim stanem rzeczy. Pytam, kto pisze pamiętnik? Z miłym zdziwieniem odkrywam, że niemal wszystkie, z chłopców tylko jeden. Widząc moje zdziwienie śmieją się: „ zapomniał pan, że jesteśmy elitą szkoły.” Ta skłonność do podziału na  lepszych i gorszych, może budzić pewien niepokój.   Dwunastolatek dziwi się, że to ja jestem na ostatniej stronie Newsweeka- czytuję pana co tydzień nie wiedząc, że  to pan - a czyta pan  Focusa?-pyta. Zawiedziony, że nie.  Kiedy wchodzimy na teren polityki, uśmiechają się ironicznie i z politowaniem – no tak, wielu naszych polityków czegoś dziwnych – mówię,  trochę speszony.  Wielu? – krzywią się – wszyscy! 
  Nie chcą się ze mną rozstać. Nareszcie ktoś ich traktuje poważnie. Mam poczucie, że odtrącam te dzieci i że je zostawiam.  Wszyscy jakoś je zostawiamy i więdną im skrzydła. W odruchu, pewnie samobójczym, daję adres e- mailowy. Zamaszyście wyjmują komórki i zapisują, sprawność z jaką to robią, pokazuje jak bardzo są w nich zadomowieni.    


   Na tenisie, najpierw poczucie, że z trudem wożę własny ciężar na taczkach,  potem następuje przełom i fruwam. Jedno i drugie jest grubą przesadą. Gdzie tu prawda? Lepiej nie dociekać i cieszyć się chwilą. Piłki które uciekają nam z rakiety i uderzają w balon, prowokują śnieżne lawiny,  po tamtej strony gdzie sroży się zima. Śnieg sunie ze złowrogim szumem. 
  Mówię partnerowi, malarzowi, artyście wybitnie depresyjnemu, że lubię taki mróz. Tworzy kontrast z wiosną, a smak życia to kontrasty.  On jak zwykle skupiony na ciemnych stronach rzeczywistości,  skarży się, że taka zima go zniewala. - Czy zniewolenie nie konieczne, by wziąć z ograniczeń tyle wolności ile się da? Wywalczona wolność to esencja, ona najcenniejsza- mówię. Zrezygnowany mówi: - wybacz, ja nie potrafię – I wygrywa ze mną seta. Coś okropnego 

     Chwila refleksji po filmie Avator” Camerona....Pogłębia się niewiara ludzi w ludzi, a ludzkości w ludzkość.  Coraz łatwiej nam się utożsamić się z jakimiś nie ludźmi, którzy walczą z ludźmi. Przede wszystkim  dlatego, że te stwory nieludzkie mają wiecej niż my cech, które uważamy za piękne w człowieku. A postawa zwątpienia w siebie, wydaje się dzisiaj głęboko uzasadniona.
  Jestem po wrażeniem technicznej strony filmu, paprocie w magicznym tropikalnym lesie muskały mi policzki, ale też pod wrażeniem, naiwności tego obrazu i tych wszystkich irytujących stereotypów, z których jednak przebija jakaś mądrość i nauka, z ktorej oczywiście nie skorzystamy.
 Człowiek ma w sobie tak wiele autodestrukcji, doświadczamy tego na odzień choćby we własnym komputerze, atakowanym przez wirusy pro dukane przez nas samych. I dzisiaj oto po raz pierwszy w historii posiedliśmy narzędzia, by zniszczyć całą planetę. Nie ma wątpliwości, że skorzystamy z tej okazji, jeżeli sami sobie nie przeszkodzimy
   Z drugiej strony akcja świata by pomóc ofiarom trzęsienia ziemi na Haiti, jest znakiem nadziei. Kiedyś taka misja była nie do pomyślenia technicznie, ale też jako idea, po co pomagać dzieciom niewolników?

   „Komisja hazardowa” jawi się jako teatr, gdzie aktorzy odgrywają wyuczone wcześniej role.
 Jest urzędnik ze sztuki Gogola,  prokurator z  „Procesu” Kafki, pani Dulska, a nawet Nikodem Dyzma. W sumie okropnie jednak to zawikłane i nudne.   
  PiS już od dawna zupełnie nagie, a Platforma stopniowo ujawnia braki.  ( Tym wyraźniej na tym tle widać klasę Tuska - mądra i odważna jego decyzja by nie kandydować)  A te braki chyba nawet gorsze, niż gdyby okazało się, że była jakaś afera. Mam wrażenie, może mylne, że nie było, tylko Chlebowski pieścił swoich szemranych znajomych obiecując im złote góry, to zwykle nic nie kosztuje, no chyba że jest się podsłuchiwanym. . Kto z nas na odczepnego czasami nie mówi - no załatwię - chociaż ani nam w głowie.  A jak było,  pewnie nigdy się nie dowiemy. Upieram się, że to jakoś drugorzędne  Pierwszorzędny ten styl,  układy znajomości, powiązani i, taki brak klasy. To polska choroba. I naszą chorobą jest ta pełna nienawiści wojna domowa, która trwa między partiami. 

    Nasz zasypany śniegiem ogród, do tej pory taki gładki, został w nocy przekreślony podejrzanymi śladami. Biegły od ogrodzenia, w poprzek ogrodu.  Złodziej? Mój synek  pewien, że to ślady tusia albo nawet chonia (czyli, strusia lub słonia). Oba te zwierzaki od jakiegoś czasu nawiedzają nasz dom i nawet, co za bezczelność, zaczęły wyjadać ptasie mleczka z szafki.
  Ubrani jak na Antarktydę idziemy zbadać te ślady. Z bliska widzę, że on był jednak bliższy prawdy - to zapewne sarna.  Mój synek z kolei teraz upiera się, że to lew. I na wszelki wypadek bierze mnie od razu za rękę. 


                                                Wrogie przejęcia
 
      Osobliwe uczucie, kiedy nagle trafia się na nekrolog kogoś bliskiego. Coś jakby drgnęło w stanie wszystkich rzeczy. Otwiera się szczelina, z której ciągnie mrozem  i zaraz na powrót się zasklepia. A w tym miejscu jest potem blizna.  Ciche zniknięcie Mariana Grześczaka,  poety. Gdy kończyłem studia, ściągnął mnie do redakcji „Tygodnika Kulturalnego”. A to zmieniło moje życie. Są ludzie, którzy jakoś szczególnie wpłynęli na nasze losy, o czym wiemy. Nie wiemy nic o liściu, który spadając muska włosy i każe wybrać inną drogę, co też radykalnie odmienia nasz los. W tym tygodniku nauczyłem się dziennikarskiego rzemiosła, a też jak wygląda Polska przygnieciona cegłą komunizmu. Oglądając teksty znaczone czerwonym długopisem cenzorów, czułem dreszcz na plecach, jakbym dotykał dłoni diabla. Czy pisałbym dzisiaj ten felieton, gdyby nie trafił do tego tygodnika? Czy miałbym determinację, by potem działać w opozycji? Mechanizm kłamstwa i obłędu widziany od środka sprawił, że moja niechęć do systemu zakrzepła na amen. I musiałem się zbuntować, by nie zwariować. Dziękuję Marian.

  Mój synek uzyskał już ostateczną pewność, że jest chłopcem, I że świat dzieli się na męski i żeński. Stałem się dla niego nagle kimś szczególnie ważnym - wzorem męskości. Jak podołać takiej misji? Gdybyśmy jednak do końca zdawali sobie sprawę, jak trudna to rola, jak mylnie bywają odczytane przez dziecko nasze dobre intencje, jak często te intencje kryją nasze słabości, to ciągła czujność zamieniłaby nas w chodzące znaki zapytania. I to by dopiero zaszkodziło dzieciom.
    Często, co zdaje się być dobrodziejstwem, po latach okazuje się przekleństwem, tak w życiu prywatnym jak i społecznym. Media donoszą triumfalnie - ale z naganą, że tak późno szykowany jest rządowy projekt masowej budowy żłobków w Polsce. Musimy nadgonić Zachód, tu też jesteśmy w tyle. Tam od dawna powszechnie żłobkuje się dzieci, kiedy u nas żłobkowanych jest jedynie 2 % maluchów. Ile dzieci zostanie w ten sposób okaleczonych? Przepraszam tych rodziców, co muszą. Ale tu akurat nie wolno, przez grzeczność, nie mówić prawdy.  Ale też rozumiem, że państwo powinno mnożyć wolność wyboru i różne formy publicznej opieki nad małym dzieckiem. Może wyjściem z tego błędnego koła byłaby wiedza, że dotykamy tego, co najbardziej delikatne, cenne i zrazem niepewne. I potem nie do naprawienia. Wcielany jest też plan posłania dzieci do szkoły, już od piątego roku życia. Że Zachód dawno posłał? Szkoły tam jednak inne. I oni też popełniają się błędy. „Zimny wychów” przybył do nas przecież stamtąd, przeoczono, że w Prusach wychowywanie bez czułości stworzyło hitleryzm.
    Były czasy, kiedy dzieci nie miały prawie dzieciństwa. Dobrodziejstwem naszej cywilizacji jest znaczne wydłużenie tego, co w życiu „sielskie i anielskie”. Czy wracamy do mrocznych źródeł?
  Mój synek ma zaszczyt należeć do pierwszego pokolenia, które już w wieku pięciu lat wkroczy w szkolne mury. Jest czym się niepokoić.
  Jak pogodzić konieczność pracy obojga rodziców, ambicje zawodowe kobiet, wymogi nowoczesnego państwa, które już niemowlęta chce trenować na supefachowców, ze szczęściem dziecka?

   Film o generale Jaruzelskim w pierwszym programie TV, tuż po Wiadomościach. A więc wielkie wydarzenie. Już wiem, czemu jestem wrogiem polityki historycznej . Skazuje na jednostronność. A poza tym, ani mi w głowie bronić generała. Uważam, że jednak pod koniec swojej politycznej kariery działał w interesie Polski. A stan wojenny, którego nie usprawiedliwiam, przeprowadzono w rękawiczkach, tak były szorstkie, ale nie jestem na cmentarzu i mogę pisać te słowa. Nie potrafię być nawet mu za to wdzięczny - porządny człowiek nigdy nie znajdzie się w takim miejscu i czasie, w jakim on się znalazł. Nie bronię więc generała, a zdrowego rozsądku i dokumentu filmowego jako sztuki, która odwołuje się do psychologii. Ten film to była amatorska nędza.
   Nasze media nie dosyć, że cierpią na choroby współczesnej cywilizacji, są skazane by brać udział w wojnie domowej między PiSem, a PO. Przejęcia przez PiS programow radiowych, czy nawet całej publicznej telewizji, nie odbywa się ot tak po prostu. Wszystko dzisiaj pod czujnym okiem opinii publicznej. Ale mijają tygodnie i widać, że to jednak podbój, jedynie z próbą kamuflażu i zachowania pozorów.
  Przejęcia odbywają się pod szyldem przywracania zachwianych proporcji. Że do tej pory pokazywana była tylko liberalna wizja świata. A jest też ta konserwatywna. Jedynie słuszna, ale w czasach smuty trzeba dać też głos diabłu. W tym środowisku jest jakaś fiksacja seksualna, dlatego sprawy obyczajowe tak ogromnie ważne. Kalendarzyk małżeński powinien po bożemu dominować w polskiej rodzinie, a nie pigułka. Nie da się jednak wycofać jej z aptek, więc należy pokryć ją kalendarzykiem. I tak jest ze wszystkim.
  W tym argumencie wielogłosu jest pozór przywracania sprawiedliwości, która każe prezentować rozmaite poglądy. W efekcie w publicznych mediach daje się często głos paranoikom.
  Jest wielki fałsz w takiej sprawiedliwości. Ona zakłada, że niechęć, nienawiść, uprzedzenia, fobie i głupota, tak samo są wartościowe, jak cechy im przeciwstawne.

                                                 Dojrzali niedojrzali

     To niesłychane, jak rozkrzewiły nam się media, a ich sensacyjna i żarłoczna natura poczyna zmieniać nasze zachowania. Każdy już wie, że jak zdarzy się tragedia, a one poczują krew, to od razu przybiegną z pyskami kamer. Ale też wiemy, że czyjaś tragedia może być naszą kompromitacją, jeśli jej nie zapobiegniemy. Sensacyjność bywa niszcząca, zmienia istotę rzeczy, nawet tych rzeczy, które z natury sensacyjne nie są, ale pełni też rolę czujnego strażnika.
  Dziewczyna z liceum opisuje mi swoją „martyrologię.” Koleżanki z klasy prześladowały ją. Nie wyklucza jednak, że tak tylko jej się zdawało. Gdy wieści doszły do wychowawczyni, zrobiła się afera. Kiedy z powodu przeziębienia uczennica opuściła dzień w szkole, wzbudziło to wielki niepokój. Cytuję list: „ Przerażona wychowawczyni zrobiła w klasie ankietę, anonimową "Czy Partycja jest prześladowana w klasie?" A przy okazji powiedziała... - Nie bądźcie tacy niedobrzy, ona się przez was zabije. Wezmą mnie wtedy do telewizji. I co ja powiem, pomyślcie też o mnie, na litość Boską! Ale na szczęście robię tą ankietę! To jak mnie wezmą do tej telewizji, będę przynajmniej miała jakąś podkładkę, że próbowałam zapobiec! "
  Przy okazji dowiaduję się, jak młodzi walczą z ciałem pedagogicznym o kolczyki - w nosie, w uchu i strach powiedzieć gdzie. My walczyliśmy z tarczami na ramieniu, co tu porównywać, kto ma więcej swobody.
  Uderza, jak z jednej strony są dojrzali, nawet zepsuci, gdy z drugiej niedojrzali i dziecinni. Nie obce im już tajniki seksu oralnego, o czym ze smakiem i niesmakiem opowiadają, ale lizak równie im przystoi. Co z nich wyrośnie? Na pewno kolejne pokolenie, które jak się nieco zestarzeje, to zacznie narzekać na młodych, że wypłukani z wartości.

   Już po czasie coraz wyraźniej widać, że ci, co liczyli na kompromitację Tuska przed komisją, załatwili mu wielki show w telewizji, gdzie przez 14 godzin zdawał egzamin na premiera. I zdał, celująco. Świetna pamięć, orientacja, aktorskie talenty, odporność na chamstwo i pewność siebie. Mogę być nieobiektywny, czytaliśmy te same książki, podobnie odczuwamy świat. Kiedy Beata Kempa, czy prokurator Wasserman, zdają się mi przybyszami z innej planety. Kempa oświadcza: „nie rozumiem pana, nic dziwnego, jesteśmy z innej formacji politycznej.” Ależ tak, nie tylko politycznej, przede wszystkim z odmiennej umysłowej. Musimy jednak żyć w jednym domu, najlepiej jednak w odległych pokojach. Mój znajomy, znany i szanowany psycholog, mówi: „wiesz, jak posłucham tej kobiety, to od razu przestaję być zwolennikiem parytetu. Kilka takich politycznych przekupek w życiu publicznym i emigruję.”

     Na filmie „Dom zły” Smarzowskiego, chociaż kolega, wytrawny znawca kina, odradzał mi, „same okropieństwa, tego nie da się tego wytrzymać.” I dodał:„a całe to gadanie o znakach odrodzenia polskiego kina, to chyba zmowa krytyków.” A jednak poszedłem. Całe szczęście.
  Już duże wrażenie zrobiło na mnie „Wesele” tego reżysera. A to kontynuacja tego tematu. Polskie fatum ma przekrwione i pijane oczy. Kolejna próba pokazania,  jakie formy przybiera gnicie polskiej duszy. A gnić zaczęła przed wiekami, Polska Ludowa pogłębiła te procesy gnilne, zaś lata 80. doprowadziły do katastrofy. I wtedy nastąpiła Wielka Zmiana. Weszliśmy jednak w nią w strasznym stanie. Dzisiaj na szczęścieco gniło,  pomału zmienia się w blizny. Młodzi dziwią się, skąd ich tak wiele.
  Wzruszyło mnie, że reżysera potem pytano, czy aktorzy na planie byli trzeźwi, tak przekonująco grali pijanych. Sam po projekcji szedłem na miękkich nogach, trzymając się ściany. Ale polski aktor jest tu mistrzem, nikt tak nie zagra na trzeźwo stanu upojenia, sam pije, miał ojca alkoholika, lub ma bliskich, co uzależnieni. Z polskim aktorem może tu rywalizować jedynie rosyjski. Mamy to we krwi i w duszy, niestety.
   Dość już powstało filmów o szarżach kawaleryjskich, o powstaniach, czas najwyższy pokazać drugie nasze skrzydło, garbate. A nie da się Polski pojąć bez obu.

   Wertując stare książki, w notatkach Jerzego Zawieyskiego spotykam nie znany mi cytat z pism Churchilla, który pisze o wadach polskich, nic nowego, ale to kolejne potwierdzenie: "Historia Europy ma swoją tragiczną tajemnicę, właśnie Polaków, którzy indywidualnie są zdolni do heroizmu i posiadają cnoty waleczności i wdzięku, a którzy wykazują w swoim życiu państwowym niedostatki nieuleczalne. Wspaniali w rewolcie i w czasie klęski, stają się nikczemni i nędzni w chwili zwycięstwa. Odważni z odważnych są częstokroć kierowani przez podłych pomiędzy najpodlejszymi.
 Ciężko mówić o arogancji i błędach ich polityki, o straszliwych rzeziach i nieszczęściach, na które zostali skazani przez wariactwa swej polityki."
  Czytam też refleksje polskie Tadeusza Kościuszki, im bliżej go poznaję, tym bardziej go lubię jako człowieka. Podobnie jak Churchill, mówi o naszych zrywach i chorobliwym braku wytrwałości. Diagnoza jest warta uwagi: „Polakom dlatego brakuje na stałości umysłu w przeciwnościach, że mało myśleli, mało się zastanawiali nad obrotami losów i czynności ludzkich”.
  Dzisiaj nadal uparcie brakuje nam refleksji nad światem, który stanął wobec globalnych i niebywałych wyzwań, a my jak zwykle pochłonięci domowymi waśniami. Musimy wreszcie pojąć, że skończył się czas, kiedy ciągle czegoś żądamy - my już wolni i nie tak biedni - czas też coś dać światu.

 

 

 

 

 

 



  Projekt i wykonanie hypercube   Biografia       Twórczoœć       Wydarzenia       Kontakt